Ostatnio w programie uBOGAcONEj z Niewiastami Starego Testamentu rozważałam historię Lei i Racheli. I widzę jak podobne sytuacje działy się (i dzieją) dookoła mnie.
Najpierw A. i ja. Ona ta ładna...
Jej ładnie się układały włosy. Ona się wdzięcznie uśmiechała, uroczo pozowała do zdjęć, zawsze wiedziała jak się zachować. Mi mama kazała malować twarz, włosy, kręcić loki, bo nikogo sobie nie znajdę. A jak znajdę to mnie rzuci taką niezrobioną.
I znalazłam. Poznaliśmy się na nartach. gdzie w czasie odpoczynku po jeżdżeniu miałam czerwone poliki od mrozu i włosy spocone i przyklapnięte od kasku. To coś między nami rozwijało się na pielgrzymce i kajakach - buzia spalona od słońca i zero jakiegokolwiek makijażu. Do tej pory trudno mi zrozumieć co się M. we mnie spodobał. I dalej podoba. Znamy się 10 lat. Tyle razy widziałam i widzę zachwyt w jego oczach i nie mogę zaktualizować tego w sobie, że dla niego jestem najpiękniejsza. A potem patrzę na zdjęcia i jeszcze bardziej się dziwię, bo widzę te wszystkie niedoskonałości.Potem ja i A. Ja ta mądra...
Porównywanie jej wyników w nauce do moich przez rodziców i w szkole przez nauczycieli. No pewnie, że ja wiedziałam więcej. Bo byłam starsza. Ale czy rzeczywiście bardziej zdolna? I jej poszukiwania swojej niszy: humanistycznej i językowej. W swojej humanistycznej klasie w LO była najlepsza z klasy z przedmiotów ścisłych. Ale w tych humanistycznych też dobra. I złość mamy jak nie zdała FCE (first certificate in english). Przecież tyle zainwestowali w jej edukację językową.
Na koniec, już po trzydziestce przyznała, że chyba jednak jest umysłem ścisłym. Na co E. odpowiedziała, że zawsze się zastanawiała jak to jest, że w rodzinie samych matematyków, chemików i inżynierów jest taka jedna A., która jest humanistką.
Dalej ja i R.
Uważałam, że ona jest taka mądra i uzdolniona nieprzeciętnie. Ona chyba tak samo myślała o mnie. A zdałam sobie z tego sprawę w sumie niedawno przypominając sobie jak zachęcała mnie do zdawania na MISMaP. A ja się nawet na biologię nie dostałam (przynajmniej w pierwszym podejściu).
I na koniec ja i MP. Ona stawiana na wzór mi, ja jej.
W szkole obie byłyśmy dobre. Nawet jeśli ona musiała zawalczyć o ocenę biologii sprytem, nie do końca wiedzą, to w sumie jakie to miało znaczenie, skoro biologia nie była jej konikiem. Ona była lepsza z angielskiego, ale to z kolei nie był przedmiot priorytetowy dla mnie. Rozbiło się dopiero o zakładanie rodziny - kiedy ona postanowiła wyjść za swojego obecnego męża coraz bardziej zrywała nasz kontakt. Zerwała go ostatecznie kiedy urodziłam pierwsze dziecko. Teraz odbudowujemy go listownie. Też fajnie, ale to jednak całkiem co innego.
***
Nie ma tu wygranych. Każda coś przegrywa. Zawsze walkę o swoje dobre samopoczucie, samoocenę, czas, który marnuje zamartwiając się, że nie jest wystarczająca.
Co robić? DOCENIAĆ, nie oceniać. Te osiągnięcia, które są, a nie to co można byłoby zrobić jeszcze lepiej. Podkreślać zalety. NIE PORÓWNYWAĆ. Chociaż wiem, że porównywanie rodzeństwa narzuca się samo. Ale może chociaż mogłoby być pozytywne, nastawione na wydobywanie atutów danej osoby. Nie podkreślające, co ten drugi robi lepiej. To wcale nie motywuje do przeskoczenia siebie. I często nie trzeba siebie przeskakiwać, żeby być szczęśliwym. Wystarczy rozwijać to co jest naszym własnym talentem.
