czwartek, 28 grudnia 2017

Książki przeczytane w 2017 r

W tym roku trochę mi trudniej czytać. Muszę się do tego mobilizować, wyrywać wolne chwile... Ale dla takiej przyjemności warto czasem wygospodarować chwilę!

Książki przeczytane w 2017 r.
- Wilki dwa, Robert "Litza" Friedrich, Adam Szustak OP - skończyłam,
- Tajemnica Graala - skończyłam,
- Dzienniczek św s. Faustyny - w trakcie czytania,
- Poradnik żywienia niemowląt, krok po kroku od narodzin do pierwszych urodzin, praca zbiorowa, medyczyna praktyczna, 1000dni.pl,
-Poradnik żywienia dzieci 1-3, też ze strony 1000dni.pl,
- Rozpal wiarę, a będą się działy cuda, Marcin Zieliński,
- Nie tylko chusta. Rodzicielstwo bliskości w praktyce, Mayim Bialik,
- Chata, Young William P.,
- Kretowisko, Wojciech Kwiatek - nie skończyłam.

sobota, 23 grudnia 2017

Święta z bobasem

        Znalazłam parę dni temu fenomenalny film! Niestety nie umiem znaleźć go nigdzie więcej niż na fb, wiec nie potrafię zrobić tak, żeby z tej strony dało się go odtworzyć. Zamieszczam więc ten link, który mam:

https://www.facebook.com/ArtCraftArchitecture/videos/931636363569187/

        Dla tych, którzy nie mogą otworzyć linku po krótce opowiem co w tym filmie się dzieje:


3 dni do Świąt:
Mała ledwo co chodząca dziewczynka jest zafascynowana Bożonarodzeniową choinką, zdejmuje bombki, wczołguje się pod drzewko, zaplątuje się w światełka.
Mama przewiesza wszystkie świecidełka wyżej, jednak powoduje to tylko, że uwaga dziecka skupia się na igłach zciąganych z drzewka.
Rodzina próbuje sobie zrobić okolicznościowe zdjęcie, ale  dziecko nie chce patrzeć w obiektyw, mimo zabawiania jest zniecierpliwione, płacze. Efekt - na zdjęciach dziecka nie widać lub ma skwaszoną minę, rodzicom zresztą również trudno ukryć zniecierpliwienie.
Pod choinką pojawia się mnóstwo prezentów, tak dużo, że zakrywają pół choinki.
Dziewczynka na kolanach św. Mikołaja - nie rozumie o co chodzi - płacze. Zdjęcie zrobione przy tej okazji również skrzywione.
2 dni do Świąt:
Dziewczynka rozpracowuje szopkę: rozsypała i całkiem upaćkała się w sztucznym śniegu, powyrywała elementy szopki. Mama robi pierniczki, dziecko siedzi obok na blacie: rozsypuje mąkę, depcze ciasto.
Mama zauważyła w necie, że gwiazda betlejemska jest trująca - wyrzuca ją.
Tata zagląda do swojej malutkiej skarpetki z malutkim prezentem. Obok równie mała skarpetka dla mamy i wielgaśna, wypchana skarpetka z prezentem dla dziecka.
1 dzień do Świąt:
Nastaje wieczór. Dziecko położone spać. Mama siada z ciastkami i mlekiem, żeby chwilę odpocząć. Ale dziecko się budzi, wiec idzie ją uspokoić, a potem jeszcze raz, i kolejny... po drodze nadeptuje  na twardą zabawkę i z bólu odskakuje.
W poranek świąteczny całą rodzina śpi razem w łóżku. Wszyscy są ubrani tak samo - jak krasnale św. Mikołaja. Pierwsze budzi się dziecko. Idzie do salonu. Zjada ciastka, rozlewa mleko, które poprzedniego wieczoru przygotowała sobie mama. Wdrapuje się na prezenty, jeden otwiera.
Kiedy przychodzą rodzice choinka leży, a prezenty są porozrzucane. Dziewczynka zdejmuje kolejną bombkę z gałązki.
Ale co tam, są święta, rodzice rozpakowują prezent dla dziecka, ale dziewczynka jest bardziej zainteresowana pudłem po nim. Rodzice próbują ją zachęcić do zabawy prezentem, ale dziecko woli pudło. Rodzice wyglądają na bardzo zrezygnowanych.
Koniec.

        Czemu zainteresował mnie ten film?


1. Rozśmieszył mnie bardzo. Pobiegłam więc pokazać go M. Pośmialiśmy się razem.

2. Mam wrażenie, że to kwintesencja tego czego można spodziewać się po dziecku około rocznym lub nieco starszym i na co nie powinni nastawiać się rodzice takiego dziecka.

3. Nasza cywilizacja jest w tej chwili nastawiona na konsumpcję - w filmie symbolizują to nadmiernie liczne prezenty pod choinką. Od małego przyzwyczajamy dzieci do wielgaśnych, drogich prezentów. Dzieci, które nie oczekują nic, nawet nie mają świadomości, że oto z okazji świąt takich czy innych daje się prezenty. Co to powoduje? Że nasze mieszkania stają się zagracone ogromną ilością zabawek, z których dzieci prawie nie korzystają, bo jest ich za dużo. A my na kolejne święta, urodziny, inne okazje wymyślamy coraz to nowe prezenty. Aż strach pomyśleć jaką wartość będzie musiał mieć prezent dla 10 czy 18 latka. Zresztą każdy chyba przed Świętami Bożego Narodzenia co roku staje przed dylematem co kupić poszczególnym osobom w rodzinie, żeby byli zadowoleni. A wystarczyłoby pudło! A może warto zamiast prezentu dać swój czas, zainteresowanie, tylko dla naszego dziecka. Może Święta to wspaniała okazja, żeby zatrzymać się i pobyć z ludźmi, których kochamy, a nie zastępować swoją obecność rzeczami.

        I jakoś śmiesznie kontrastuje mi to z prezentami, które Mi. dostał od nas na swoje pierwsze urodziny. Ode mnie - wiatraczek (kosztował 5 zł), taki co jak się dmuchnie to się obraca. Od tamtej pory wiatraczek stoi przymocowany za oknem balkonowym i porusza się jak wiatr zawieje, bo gdyby Mi. mógł się nim sam bawić to na pewno nie przetrwałby kilku dni, a może i kilku godzin.
Od M. dostał pudło po jakiejś przesyłce (koszt - 0 zł). Do pudła może wejść, zmieści się w nim nawet dwoje dzieci, np. Mi. razem z K. - córką mojej siostry - podczas imprezy urodzinowej siedzieli w pudle i K. prowadziła sklep. Do pudła można coś włożyć. Po pudle można rysować. Myślę, że z czasem ilość zastosowań wzrośnie.


Z okazji Bożego Narodzenia życzę nam wszystkim,
aby przygotowania nie wyczerpały nas i nie zezłościły.
Żebyśmy siadając do wigilijnej wieczerzy przede wszystkim skupili się
na Jezusie, solenizancie, którego urodziny obchodzimy
i na ludziach, których kochamy,
a czasem zapominamy im to okazywać.

środa, 20 grudnia 2017

"Wielka wyprawa"

        Spełniłam wczoraj swoje marzenie: zabrałam Mi. na sztukę teatralna! 
        Akurat w tym roku klerycy z naszego, Warszawsko-Praskiego Seminarium Duchownego przygotowali sztukę dla dzieci. Jak tylko się o tym dowiedziałam zaczęłam się zastanawiać jak na przedstawienie zareagowałby Mi. Ale dopiero wczoraj udało nam się z nim pojechać, a grali po raz ostatni!
        Po wejściu na sale zaczęłam się zastanawiać czy nie przestraszy się jak światło zgaśnie lub głośnych dźwięków. Zawsze w takich momentach patrzyłam na niego, ale moje obawy okazały się nieuzasadnione. Najpierw obserwowal wszystko co dzieje się na scenie z widoczna rezerwa, wtulony w M. Jednak z czasem zaczął wychylać się do przodu coraz bardziej zaciekawiony. Po jakimś czasie M. dał go mi na kolana, wiec, korzystając z okazji, przenieśliśmy się bardziej do przodu, na pierwszy rząd krzeseł, tuż za materacami, na których siedziały inne dzieci, w większości starsze od Mi. Materace buły pod sama scena, żeby dzieci widziały wszystko z bliska.
        Sztuka trwała ponad godzinę. Była bardzo dynamiczna, z duża ilością piosenek. Kolorowe stroje aktorów przyciągały uwagę. Dopiero na sam koniec Mikołaj zażyczył sobie spaceru po sali. Jestem pod wrażeniem, ze tak długo pozostawal w skupieniu. Cieszę się też, że udało nam się wyjść we trójkę!
        A "Wielka wyprawa” to tytuł sztuki, chociaż również dla nas to wyjście było w pewien sposób wielkim przeżyciem ;)

        ***
        Już jakiś czas temu przeglądałam propozycje warszawskich teatrów dziecięcych. Wtedy bardziej pod kątem córek mojej siostry. Przy okazji wypatrzyłam też wiele pozycji nawet dla niemowlaków. Jednak wtedy Mi. jeszcze nie siadał, wiec stwierdziłam, że chyba jest za wcześnie.
        Minęło nieco ponad pół roku i już widać, że może być wdzięcznym odbiorcom sztuki!
 

poniedziałek, 27 listopada 2017

O dbaniu o więź małżeńską

        Podziwiam B. i M.
        B. jest moją przyjaciółką praktycznie od początku studiów, M. jest jej mężem też już od kilku lat. Podziwiam ich za to w jaki sposób pielęgnują swoją więź małżeńską. Mimo, że teraz widujemy się znacznie rzadziej niż kiedyś, jednak zawsze gdzieś przewinie się temat celebrowania rocznicy ich ślubu, przeważnie wyjazdowo.
        Przez kilka lat starali się o dziecko. Mimo to nie miało się wrażenia, że poddają się rozpaczy. Przez ten czas cieszyli się sobą i starali się pomóc innym /działali w Caritasie/. Pamiętam też jak kiedyś M. coś opowiadał, a B. spoglądała na niego jakby spijała każde słowo z jego ust. Jednocześnie on niby mówił do nas, ale zerkał na nią, upewniając się czy uzyskał jej aprobatę.
        Ostatnio również się z nimi widziałam. Opowiadali jak z okazji rocznicy ślubu pojechali do Zakopanego i wdrapali się na Gubałówkę z dzieckiem w wózku i drugim w brzuchu. 
       Formują się w Domowym Kościele /przez cały rok/ i w czasie wakacyjnych rekolekcji. Widać tego owoce.

       W zasadzie my też się staramy pielęgnować naszą relację małżeńską. Trochę to
utrudnione, bo Mi. wciąż mały i wciąż przy piersi. Bardzo utrudniała to edukacja M., a jednocześnie, odkąd temat edukacji /przynajmniej na razie/ został zamknięty, widać znaczną poprawę. Widzę jednak, że mamy jeszcze nad czym pracować i kiedy spotkałam B. i M. ich sposób bycia dał mi do myślenia.

piątek, 17 listopada 2017

Jak macierzyństwo uczy nowych umiejętności

        Słyszeliście o dzieciach, które lepiej obsługują sprzęty domowe niż rodzice, w szczególności matka? Ja słyszałam, ale myślałam, że dotyczy to nastolatków, w najgorszym razie dzieci wczesnoszkolnych.

        A tu psikus...
        Otóż chwilę przed swoimi pierwszymi urodzinami Mi. zaczął zdejmować koszyczek pod krzesełkiem do karmienia, a następnie go zakładać. Konkretniej zaczął zdejmować i zakładać taką sprzączkę, na której ten koszyczek jest zawieszony. Mi to nigdy nie wychodziło, ale nie przejmowałam się tym zbytnio. Aż do teraz...    
        Natomiast chwilę po swoich pierwszych urodzinach zaczął nastawiać minutnik w kuchence, z którego nie korzystam, bo jakoś nie mogę przyswoić obsługi...      

        ***
        Gwoli ścisłości, w życiu nie zapomnę jak nauczyłam się, że światło się włącza, a nie włancza po tym jak mi M. zwrócił uwagę na początku naszej znajomości, że nieprawidłowo mówię. Jednocześnie poprawki mojej siostry przez lata spływały po mnie jak po kaczce...

        Może jednak nie tylko macierzyństwo, ale miłość, zakochanie, pewnie też inne uczucia jak zazdrość uzdalniają nas do przyswojenia nowych umiejętności czy szeroko pojętej poprawy. Oby nigdy nie zabrakło motywacji, byśmy umieli dla siebie nawzajem w rodzinach stawiać się coraz lepszymi przyjaciółmi, małżonkami, rodzicami.

wtorek, 14 listopada 2017

Lampa

        Odkryliśmy, że Mi. wie co to lampa. Któregoś dnia w weekend uciekł nam z łóżka. Pobawił się i za jakiś czas przyszedł do nas. Stoi przy łóżku i patrzy się na nas.
        - Co się tak lampisz - pytam.
        A on paluchem pokazuje na lampę.

        ***
        Od tej pory mamy nową sztuczkę popisową. Do "pokaż język", "jak Mi. bije brawo" i "zrób papa" dołączyło polecenie "gdzie jest lampa". ;P

niedziela, 29 października 2017

Obrazki o macierzyńśtwie (post urodzinowy)

Mi. skończył 1 rok!
 
Z tej okazji przedstawiam mój subiektywny wybór obrazków o opiece nad niemowlęciem.

Miały być ułożone od 8. do 1. miejsca - gdzie pierwsze miejsce miał zajmować mój ulubiony, ale... za dużo mam ulubionych, wiec podzieliłam je na 3 kategorie:

Kategoria 3. Prawda!



Kategoria 2. Zapamiętaj koniecznie!
Kategoria 1. Prawda, cała prawda i tylko prawda:
 
 
 
 Uściski dla Ciebie Mi., bo skończyłeś już roczek! Rośnij duży, zdrowy i szczęśliwy!
 
I poproszę o szeroki uśmiech i słodki przytulas dla mnie, że z Tobą, moja kruszynko, daję jakoś radę, mimo Twoich pomysłów, humorków i nocnych pobudek!
 
Ale tak poza wszystkim: cieszę się, że jesteś. I KOCHAM CIĘ!
 
                                                   Mama
 
 

niedziela, 22 października 2017

Policjanci i złodzieje

       Rozmawiamy z P.S. o dzieciach. Opowiadam o tym, jak zabezpieczamy przed Mi. kolejne szafki i szuflady. Nie od razu wszystko, tylko po trochu: jak się okaże, że znów coś tam zaczął otwierać, to M. wymyśla jak daną szafkę zabezpieczyć.
      P.S. komentuje, że jej syn to wszystkie te zabezpieczenia rozpracowywał dość szybko. Wiec ja opowiadam, jakie mamy, że niektóre są np. na magnes i w związku z tym Mi. nie ma szans, o ile szarpiąc ich nie popsuje. Trochę się jednak nacięliśmy: myśleliśmy, że w salonie mamy meble z anty-dzieciowymi zamknięciami, a Mi. rozpracował je niedługo po tym jak skończył 11 miesięcy...
       I w ogóle to trochę taka zabawa w policjantów i złodziei: dzieci próbują się dostać w różne miejsca, a my musimy czujnie obserwować i w miarę szybko zabezpieczać te, gdzie przechowujemy przedmioty cenne lub dla dziecka niebezpieczne.

sobota, 21 października 2017

Zdemaskowana

       Pewnego dnia wyszliśmy z Mi. na spacer. Plan zakładał marsz wzdłuż kanałku i ew. przystanek na placu zabaw, na którym jest niska zjeżdżalnia, o ile spotkamy tam E. i L. Już z daleka wypatrywałam, czy nie widać ich wózka. Nawet wydawało mi się, że jest, ale zupełnie nie mogłam wypatrzeć na placu E., szczególnie, że byłam po drugiej stronie kanałku. Minęliśmy plac zabaw, a ja rozważałam opcje: Po pierwsze, że to inny wózek, tyle, ze podobny. Po drugie, że na plac zabaw z L. przyszedł ktoś inny niż E.
       Kiedy wracaliśmy drugą stroną kanałku potwierdziła się opcja nr. 2. Z L. na spacerze było 2 starszych ludzi, zapewne jej dziadków. L. pchała swój wózek, wiec szli stosunkowo wolno, co pozwoliło nam szybko ich dogonić, a potem minąć.
       I wtedy zagadała mnie pani babcia, bo... L. jak mnie zobaczyła, to powiedziała, że ciocia. Bardzo mnie to rozśmieszyło, a jednocześnie ucieszyło, bo wydawało mi się, że ma do mnie dystans. A tu taka niespodzianka!

poniedziałek, 16 października 2017

Klaskanie

        Kilka tygodni temu zmieniliśmy miejsce, w którym stoimy w kościele. Już nie potrzebujemy być ukryci, żeby dało się nakarmić Mi. piersią, wiec możemy stanąć bardziej z przodu. Aby było ciekawie wybraliśmy miejsce przy chórku. Mi. bardzo chętnie przygląda się śpiewającym dzieciom.
        Wczoraj byliśmy w kościele kilka minut przed Mszą Świętą i dzięki temu słyszeliśmy kawałek próby. Dzieci śpiewały piosenkę, w której się klaszcze. Już podczas Eucharystii zauważyliśmy, że Mi. tez próbuje klaskać w tej piosence i ogląda się na mnie czy ja też klaszczę.
        Potem próbował klaskać również w następnej piosence. ;)

sobota, 14 października 2017

Rozszerzanie diety

        Rozszerzanie diety to trudny temat chyba dla każdej mamy. Wiedząc jak ważne jest to, aby zdrowo karmić Mi. dla całego jego przyszłego życia, chciałam zabrać się do tego jak najbardziej profesjonalnie. Zaczęłam zbierać informacje na ten temat i planować co-jak-i-kiedy nim skończył 3 miesiące, chociaż od razu wiedziałam, że zacznę mu coś wprowadzać nie wcześniej niż po skończonym (dobrze skończonym) 5-tym miesiącu życia.
        Niby w wielu miejscach można o wprowadzaniu nowych produktów przeczytać, ale zwykle nie są to rady bardzo konkretne i na koniec to ja muszę wybrać w jakiej kolejności podać różne produkty. Są też dwie nieco przeciwstawne metody - rozpoczynanie od papek i BLW. Najbardziej konkretne informacje co podać można znaleźć na stronach producentów żywności dla dzieci (bardzo konkretnie ;P - wpisujesz wiek dziecka i wyskakuje jaki słoik w danym dniu należy się na śniadanie, a jaki na obiad!).
        Do tego dochodzą "dobre rady" wszystkich, których o zdanie nie prosisz i krytyczne słowa, bo nigdy nie zrobisz tak jak, żeby wszystkich zadowolić. I jeszcze komentarze, że 30 lat byłam karmiona inaczej i jestem zdrowa lub o niszczeniu dzieciństwa brakiem słodyczy.
       Na koniec jest jeszcze własna frustracja mamy - bo przecież zupka, którą ugotowałam jest smaczna (mimo braku przypraw), wiec czemu Mi. jej nie chce jeść?

1.
Żeby nie zwariować korzystałam z Poradnika żywienia niemowląt dostępnego tu:

https://www.1000dni.pl/bundles/app/front/docs/poradnik-zywienia-niemowlat.pdf?v=dab2592

Są w nim też przepisy odpowiednie dla dzieci w pierwszych miesiącach żywienia "normalnym jedzeniem".

2.
Bardzo przydatne były też artykuły ze strony pani dietetyk Małgorzaty Jackowskiej:

http://malgorzatajackowska.com/

Dotyczą żywienia niemowląt w ogóle, ale duży nacisk jest położony na przybliżenie metody BLW(baby led weaning- w wolnym tłumaczeniu: bobas lubi wybór): jej zasad i zalet.

3.
Kiedy już rozpoczniemy rozszerzanie diety i potrzebujemy przepisów, które urozmaicą dietę naszej pociechy warto zajrzeć na tego bloga:

http://alaantkoweblw.pl/



        ***
     Ostateczny wybór co podać Twojemu dziecku i tak zależy od Ciebie, Mamo! Natomiast decyzją dziecka pozostaje ile posiłku zje i czy w ogóle go zje. /Jak trudno pozostawić to dziecku i nie namawiać go nadmiernie!/

I jeszcze o jednej rzeczy warto pamiętać: w pierwszym roku życia pokarm mamy /lub mieszanka modyfikowana/ jest podstawą diety niemowlęcia. Co z tego wynika? Nawet jeśli Twoim zdaniem za mało zniknęło z talerza - nie martw się: Twój bobas uzupełni posiłek mleczkiem!


poniedziałek, 9 października 2017

Tęcza

        Wyjeżdżamy od rodziców. Pięknie zachodzi słońce, a jednocześnie pada deszcz. Mimo pośpiechu trudno nie zachwycić się tym widokiem.
        - Może będzie tęcza - mówię. 
        W tym samym momencie odwracam głowę od słońca i widzę ja: tęcza!
        Jest wyraźna, kolorowa! Nie dość, że jej łuk zawisł nad połowa horyzontu, to jeszcze na chmurach odbija się druga. Widok piękny jak rzadko!
 
 
 

niedziela, 1 października 2017

Drzemka w kościele

        Mi. codziennie rozpoczyna swoją pierwszą drzemkę około godziny 9:00-10:00, czasem 11:00. Ale nie w niedzielę! W niedzielę wycieczka do kościoła na Mszę Świętą jest taka ciekawa, że mimo zmęczenia widocznego jeszcze w domu walczy ze snem i w drodze tam, i podczas Eucharystii, i wraca do domu, żeby dopiero na swoim paść. No dobra, czasem się zdarza, że pod koniec Mszy albo w drodze powrotnej jednak zaśnie.
        Dziś usnął podczas ogłoszeń. Kiedy go odłożyliśmy, zadowolony M. powiedział:
        - Ks. Proboszcza zapraszamy, żeby nam usypiał dziecko!
       Jeszcze potem były oklaski dla ks. Michała, który kilka dni temu miał imieniny. Mi. się trochę obudził, więc zaczęliśmy go intensywnie bujać w wózku. Ale wtedy do mikrofonu dorwał się ks. Paweł i Mi. znów odleciał. Na to M.:
       - Ks. Pawła też zapraszamy, żeby nam usypiał dziecko!
       Jak wychodziliśmy była równo 12:00, wiec zaczęły bić dzwony, ale Mi. już chyba nawet okiem nie mrugnął. ;P

poniedziałek, 25 września 2017

Mi. "mówi"

        Kilka dni temu odwiedzili nas teściowie. Ich wizyta miała na celu wsparcie mnie w opiece nad Mi., jego kolacji i wieczornej kąpieli pod nieobecność M., który tego dnia miał wrócić bardzo późno.
        Tak się złożyło, że dziadkowie przyjechali akurat tuż po tym, jak Mi. się obudził z drugiej drzemki. Najpierw była więc zabawa - najfajniejsza, bo dziadkowie zawsze schodzą do poziomu Mi., czyli na podłogę, razem z nim raczkują, ganiają między pokojami, dookoła stołu, etc., a Mi. jest wtedy bardzo szczęśliwy. Potem razem karmiliśmy - babcia kaszą, ja jogurtem, a dziadek zabawiał. Potem była wspólna kąpiel - tj. kąpał się tylko Mi., ja go myłam, ale zabawialiśmy go wszyscy. Następnie wróciliśmy do wygłupów na podłodze.
       Zabawa trwała już jakiś czas, kiedy Mi. postanowił nam powiedzieć, że jest już zmęczony. Przeraczkował więc z salonu do sypialni, usiadł na podłodze patrząc na mnie i zaczął mlaskać. Wobec braku reakcji poraczkował do łóżka, stanął przy nim i dalej mlaskając znacząco na mnie patrzył. Dalej nie spełniałam jego oczekiwań, wiec wciąż mlaskając, przyraczkował do mnie.
        Wszyscy mieliśmy ubaw, że tak wyraźnie pokazuje, jakby chciał powiedzieć: Mama, choć do łóżeczka, bo ja bym possał cycusia.
        Dziadkowie szybko się zebrali, ale żegnaliśmy się niespiesznie (w końcu obowiązkowe "pa, pa" musi być!) i poszliśmy do łóżeczka. Mi. ssał długo i spokojnie, a nim się nasycił, zasnął.

        ***
        Następnego dnia w końcu zaczął mówić moje upragnione sylaby:
mama...

sobota, 16 września 2017

Leniwy poranek z burakiem

        Leniwy weekendowy poranek. Wspólne śniadanko. Cała rodzina przy stole. Sielanka.
        Mi. jadł omleta z pomidorami i buraki. W końcu się najadł, znudził i zaczął wyciągać do mnie raczki. 
- Mi., nie chce być cała w buraczkach! - powiedziałam do niego.
- Ja chce żonę mieć buraczą! - za poetą skomentował M. 

czwartek, 14 września 2017

Sukces

Macierzyństwo to taka sytuacja w życiu, kiedy za sukces uważasz to, że dziecię zjadło (prawie) cała porcje przygotowanej przez Ciebie z zaangażowaniem, a nawet pietyzmem zupy, która w poprzednich dniach (podejściach) wzgardziło.
 
        To a propos zupy domowej z kawałkami, tym razem z soczewicą i kaszą gryczana, którą wczoraj podałam Mi. na obiad. Postanowiłam jej nie miksować, ponieważ moja kruszynka jest juz na tyle dużym bobasem, że trzeba go zacząć przygotowywać na "dorosłe" zupy. Zresztą te z kawałkami ze słoiczka całkiem nieźle zjada...
        Mimo to pierwszą porcję mojej zupy jadł 4 dni (pierwszego dnia ok. 100 ml, drugiego i trzeciego prawie nic i czwartego dnia prawie 100 ml, czyli do końca). Teraz było drugie podejście do tej samej zupy (z zamrażarki). Pierwszego dnia zjadł tyle co nic, może z 10 ml. Już myślałam, że będziemy z tą zupą męczyć się kolejnych kilka dni. A tu niespodzianka! Sukces! Drugiego dnia zjadł prawie do końca, czyli ok. 160 ml!
        I staram się nie myśleć o tym, że może był bardzo głodny, bo za obiad zabraliśmy się po spacerze z wizytą na placu zabaw i w sklepach, a przed wyjściem jeszcze nie był głodny i nawet piersi nie chciał...

środa, 6 września 2017

Mamama, tatata, dadada...

        Nie mogę doczekać się kiedy Mi. powie mama. Już ze 3 lub 4 mc wyczekuję i wysłuchuję... Nawet niech powie to bez powiązania ze znaczeniem... Niech tylko powie...
        Ostatnio zaczął w końcu mówić baba i tata. Kiedy więc byli ostatnio teściowie żartowałam sobie, że mówi już baba i tata, a na mama i dziadzia musimy jeszcze trochę poczekać. Teściowa mnie pociesza, że M. i jego siostra też w pierwszej kolejności mówili baba...
        Niestety coraz częściej słyszę, że kombinuje z literką "d", właśnie coś w kierunku "dzi" czy "dzia". Czyżby i dziadzi miało być wcześniej niż mama? :(

wtorek, 22 sierpnia 2017

Kulinarnie

        Dziś Mi. poskąpił mi swoich drzemek. Pierwsza trwała tylko z pół godzinki - nawet nie zdążyłam posprzątać i pozmywać po śniadaniu, druga była na spacerze - obudził się jak wchodziliśmy do windy. A tu trzeba zrobić obiad.
        Najpierw bawił się książeczkami /od kilku dni bardzo zajmują go próby przekładania stron i poruszania elementami ruchomymi książeczek/. Potem ileś czasu baraszkował mi pod nogami i wyjmował keksówki z szuflady pod kuchenką. Trochę jeszcze zajął się nową książeczką, ale raczej krótko. W końcu zaczął wstawać przytrzymując się moich nóg i uniemożliwił mi tym sposobem jakikolwiek ruch wzdłuż blatu kuchennego. Postanowiłam włożyć go do krzesełka do karmienia i opowiadać mu co robię: że kroję pomidory, wrzucam do garnka, mieszam...
        I tak komentowałam tę swoje czynności kuchenne i sobie pomyślałam, że to tak trochę jak w telewizji gotują na ekranie, jakiś Makłowicz czy inny Okrasa...




        ***
        A co dziś u nas na obiad? Fasolka po bretońsku! Wyszła pycha!

środa, 16 sierpnia 2017

Feng SZUJA

        Kilka dni temu mieliśmy taką sytuację. M. miał coś tam do zrobienia przy aucie i potrzebował pomocy drugiej osoby /z braku laku padło na mnie/. Mi. spał już od pewnego czasu. Babcia wróciła ze spaceru z psem, wiec miał kto przypilnować Mi. Alternatywą był spacer na działkę, na obiad, ale przecież nie pójdziemy póki dzidzia się nie obudzi. Zapadła decyzja - idziemy robić auto.
        Telefon zadzwonił nim zdążyliśmy dotrzeć do "warsztatu" pod chmurką. Dzwoniła Babcia.
        - Jak tylko wyszliście Mi. otworzył oczy. To co robimy?
       Pora była obiadowa, wiec bez zbędnych dyskusji wróciliśmy się.
       - Ale on ma radar - zauważyłam - tylko wyszliśmy, od razu poczuł, że zmieniła się feng-shui'a...
       - Ta... - podsumował M. - prawdziwa SZUJA!

wtorek, 8 sierpnia 2017

Mleczna droga - Międzynarodowy Tydzień Karmienia Piersią

        Moja mleczna droga była /i dalej jest/ raczej sielska-anielska. Zdarzały się na niej tylko drobne incydenty. W 2. dobie życia Mi. byłam przekonana, że teraz już powinien jeść nie rzadziej niż co 3 godziny, on natomiast spał w najlepsze, a ja martwiłam się, że schudnie. Jednak pod wieczór obudził się i od tamtej pory jadł już z piersi regularnie. Po prostu potrzebował więcej czasu na regenerację sił niż ja. W 3. dobie po porodzie pojawił się nawał, ale z pomocą muszli laktacyjnych, ciepłych i zimnych okładów /zależnie od tego, czy chciałam zciągnąć /ręcznie/ nadmiar pokarmu czy spowodować, żeby produkowało się go mniej/ przetrwaliśmy kolejne 2 dni, potem było już tylko lepiej.   
        Nie znam czegoś takiego jak kryzys laktacyjny - mam albo dużo pokarmu, albo jeszcze więcej. Mi. cały czas przybierał bardzo dobrze, teraz trochę zwolnił /raczkowanie i wstawanie są bardzo wyczerpujące, a do tego poznawanie świata zajmuje tyle czasu, że nie zostaje go dużo na kp/. Śmiałam się nawet, że dałabym radę wykarmić drugie dziecko! Problem z bólem brodawek w pierwszych tygodniach po porodzie mnie nie dotyczył. Czasem zdarza się w ostatnich tygodniach, kiedy mój ssak nadrabia w nocy po ekscytującym dniu, w którym nie miał czasu na kp, ale zwykle czuję bolesność brodawek dość krótko /1-2 dni/ i nie wymaga ona specjalnych interwencji. Do dziś nie zdarzyło się, żeby Mi. jadł mleko modyfikowane, nawet nie miałam pokusy, aby mu je podać.
        Jedyny dyskomfort to liczne pobudki w nocy celem napełnienia wygłodniałego brzuszka - zwykle 3 od położenia Mi. spać ok 20-21 do godziny 6, którą uważamy, za koniec ciszy nocnej. Do tego dochodzi jeszcze kilka pobudek, kiedy Mi. potrzebuje pogłaskania lub wetknięcia smoka, wiec nie sądzę, żebym karmiąc inaczej niż piersią dużo lepiej przesypiała noce... Chociaż zdarzało się, że przespał 7 godzin pod rząd. Niestety ja zwykle idę spać 2-3 godziny później niż on, wiec i w takie noce nie zawsze udaje się wyspać. Bywa też, że on śpi tak długo, a ja budzę się, bo przecież zwykle o tej porze się budził na karmienie.... Znów okazja na wyspanie się nie zostaje wykorzystana... ;P I tak już ponad 9 miesięcy!
        Jakie mam plany jeśli chodzi o karmienie piersią? Chciałabym karmić Mi. co najmniej rok, a jakby się udało 2 lata. Potem zobaczymy jak się będzie wyglądać sytuacja. Zobaczymy jak wyjdzie po powrocie do pracy - gdybym pracowała tylko na ranki już teraz nie byłoby problemu, ale nocne dyżury mogą wszystko popsuć.

        Wiem, że jestem w zupełnie innej sytuacji niż większość kobiet. Po prostu mam "warunki" i przystawienie dziecka od początku nie było większym problemem. Mi. był donoszony i silny, a ja wiedziałam w praktyce jak przystawić dziecko i umiałam mniej więcej ocenić czy udało się to prawidłowo /chociaż łatwiej jak się stoi obok, bo jak się patrzy na swoje dziecko, to trochę biust przysłania całość obrazu/. Nie miałam powodu, żeby martwić się, czy nie zjadł za mało, gdyż wiedziałam, co świadczy o tym, że brzuch jest pełny. Wiedziałam, gdzie zgłosić się po pomoc, gdybym takowej potrzebowała - to też daje dużo spokoju.

        Wśród moich znajomych i w rodzinie można zaobserwować babyboom. Wszystkie moje koleżanki i kuzynki karmią piersią, większość z nich wyłącznie piersią. Zarówno te po porodach naturalnych jak i te po cięciach cesarskich, te z wykształceniem medycznym i te, które zajmują się całkiem czymś innym, mamy dzieci donoszonych, jak i wcześniaków. Niektóre karmią w sposób mieszany/ale mniejszość/ i bardzo dużo wysiłku wkładają, aby ich dzieci jak najdłużej dostawały chociaż trochę ich mleka.
        Dlatego aż trudno uwierzyć w statystyki, które mówią, że 2 miesiące po porodzie zaledwie 43% mam karmi swoje dzieci wyłącznie piersią, a w wieku miesięcy zaledwie 4%.

         Może mam jakiś dziwnych /wyjątkowych/ znajomych. Pewnie tak - wszystkie mieszkamy w dużych miastach, albo w pobliżu dużych miast /głównie Warszawy/, a zatem dostęp do wiedzy i pomocy jest lepszy niż dla ogółu mieszkańców Polski. Wszystkie mamy wykształcenie wyższe, a jak wiadomo, to sprzyja karmieniu piersią i innym zachowaniom prozdrowotnym. Wszystkie nakręcamy się wzajemnie na karmienie piersią.
        Nawet zastanawiam się, czy nie zrobić takiej ankiety wśród znajomych mam, które urodziły w 2016 i 2017 roku jak to u nich wyglądało. Ankiety bardzo niereprezentatywnej, ale jednak...
      
        Właśnie dlatego, że generalnie statystyki są takie niepomyślne, bardzo ważna jest promocja karmienia piersią wszędzie gdzie tylko się da. Wczoraj skończył się Międzynarodowy Tydzień Karmienia Piersią, który przypada w dniach 1-7 sierpnia. Z tej okazji odbyła się kampania edukacyjna na stacjach warszawskiego metra zorganizowana przez Fundację Promocji Karmienia Piersią. Oto mój subiektywny wybór najważniejszych plansz informacyjnych prezentowanych w tej kampanii:









Więcej o korzyściach z karmienia piersią moża przeczytać na stronie: http://mleko.fpkp.pl/.


       





















        I jeszcze takie moje marzenie: chciałabym mieć kilka ładnych zdjęć jak karmię piersią Mi. Ale chyba przegapiłam dobry moment, ponieważ w tej chwili jedynym momentem, kiedy Mi. na pewno przyssie się do piersi jest noc. W ciągu dnia, w innym miejscy niż własne mieszkanie, przy obecności innych osób jest to baaaardzo utrudnione. Prawie niemożliwe. W końcu świat jest zbyt ciekawy, żeby zasłaniać go sobie piersią ;).

poniedziałek, 31 lipca 2017

Roszerzanie diety i wszystki możliwe błędy

Nie byłoby uczciwie, gdybym napisała o tym jak rozszerzałam Mi. dietę, a pominęła to co zrobiłam źle. W większości wiedząc, że powinno być inaczej.

1. Wmuszanie w dziecko
Ja mu przygotowałam tę wspaniałą marchewkę - kupioną w sklepie z żywnością ekologiczną i ugotowaną na parze, a on... nie chce. Próbuję... smaczna... czemu on nie chce? Na pewno dlatego, że nie wie jakie to dobre! No chociaż spróbuj...
Teraz staram się tak nie robić, ale to trudne i zdarza mi się, że wmuszam, bo jestem przekonana, że on nie chce dla zasady, bo skąd może wiedzieć, że nie chce skoro nie spróbował...

2. Wycieranie zawartości łyżeczki o górną wargę
Wiem, że nie powinnam. Wiem, że jak nie będzie ćwiczył, to ryzykujemy problemy z artykulacją. Bez tego tyle wypływa z buzi bokami. I je dużo wolniej.

3. Puszczanie piosenek z YouTuba
Zdarzyło się kilka razy. W akcie rozpaczy. Boję się, że się przyzwyczai, bardziej niż tego, że nie zje.

czwartek, 27 lipca 2017

Mama ma wychodne

Lato, słońce, wakacje! To odpowiedni czas, żeby widywać się ze znajomymi. Postanowiłam sobie chociaż raz w tygodniu spotykać się z kimś, kto nie jest moją lub M. rodziną. I postanowienie to realizuję nawet z nawiązką.

Wniosek nr. 1.
Mimo dodatkowego wysiłku, który jest potrzebny, żebym przygotowała siebie, Mi, dom, ew. prezent dla innego dziecka, takie spotkania... dodają mi energii. Dzięki nim czuję się lepiej: mam lepszy humor, okazję, żeby się wygadać, omówić różne problemy związane z dniem codziennym i wyzwaniami macierzyństwa. Po spotkaniu mam poczucie, że zrobiłam coś dla siebie, że oderwałam się od domowej rutyny.

Wniosek nr. 2.
Zwykle w spotkaniach towarzyszy mi Mi. Póki jest jedynym dzieckiem na imprezie - da się jeszcze jakoś w sposób satysfakcjonujący porozmawiać. Jeśli dzieci jest więcej... wiąże się to z koniecznością poświecenia większej uwagi dzieciom. Nawet nie tyle chodzi o pilnowanie szkrabów, ile o... jedzenie. Na niektórych spotkaniach mam wrażenie, że większość czasu zajmuje nam naprzemienne karmienie wszystkich obecnych dzieci /do tego trzeba doliczyć czas konieczny na przygotowanie posiłków, sprzątniecie po nich, również krzesełka, podłogi, etc., zabawianie w trakcie, jak również namawianie na pierś ;P/. Jeżeli dzieci są ciut starsze, dochodzi do tego ciągłe wysadzanie ich na nocnik lub WC /czasem kilka razy bez efektu, żeby na entym razem uzyskać w końcu jakieś siku/. Zwykle kończy się takie spotkanie, a ja mam wrażenie, że jakoś mało było możliwości pogadać. Ale może to znaczy tylko, że warto spotkać się jeszcze raz!

Wniosek nr. 3.
Okazuje się, że z dzieckiem lub dzieckiem w wózku też da się podróżować. Najpierw zaczęłam jeździć komunikacją, ale tylko tam, gdzie mogę dojechać jednym autobusem. Ostatnio okazało się, że przesiadki też nam niestraszne. Potem przemogłam się jeśli chodzi o podróżowanie autem tylko we dwójkę /Mi. i ja/ i zaczęliśmy bez taty jeździć nawet tam gdzie nigdy nie byliśmy. Po kilku takich podróżach stwierdzam, że Mi. świetnie sobie radzi bez kogoś kto stale ma go na oku - zwykle najpierw bawi się zabawką, a potem zasypia w fotelik samochodowym. To taki mały krok do jego samodzielności. I do tego, żebym ja mu na tę samodzielność pozwoliła.

Koleżanki doradzały mi, żebym wychodziła również bez Mi. Ale póki co rzadko się na to decyduję. Może to błąd, ale co tam. Tylko raz Mi. ma kilka miesięcy i tylko dziś jest właśnie taki jaki jest. Wczoraj zaczął tańczyć do śpiewanej przeze mnie skocznej piosenki. Dziś może nauczy się czegoś nowego...

wtorek, 11 lipca 2017

Kiedy czekasz na nowego człowieka w rodzinie

Kiedy byłam na początku ciąży czas niesamowicie mi się dłużył. Nie mogłam się doczekać, kiedy moja fasolka urośnie. Przyspieszył dopiero jakoś w 3ecim trymestrze - wtedy okazało się, że już nie mam dużo czasu do dnia "ZERO", za to mam jeszcze wiele rzeczy, które muszę /lub chcę/ zrobić czy przygotować przed pojawieniem się latorośli. A teraz już wiem o czym przed porodem nie pomyślałam wcale. Oto moja subiektywna lista:

1. Zrób co masz zrobić przed narodzinami dzieciątka - potem raczej będzie trudno znaleźć czas. A te aktywności /np. lektura książki/ będą przeciągać się w nieskończoność. /Właśnie niedawno, już po skończeniu przez Mi. 8 miesięcy udało mi się prawie skończyć układanie zdjęć w fotoksiażce - tyle czasu układałam ostatnie... 2 dni naszego wyjazdu. Jeszcze tylko muszę wybrać zdjęcia na okładki i "skrót" z wyjazdu./

2. Kupując ubrania ciążowe zwróć uwagę na możliwość karmienia piersią. Niby da się i bez takich ubrań /każdy znajomy udostępni Ci oddzielny pokój, żeby spokojnie nakarmić berbecia/, jednak w przestrzeni publicznej bardzo się przydają i poprawiają komfort psychiczny /nie wypatrujesz w panice miejsc, gdzie ewentualnie się schować, jak będzie trzeba nakarmić/.

3. Nie kupuj za dużo pieluch jednorazowych na raz (szczególnie w rozmiarach 1 i 2) - dzieci szybko wyrastają. Chyba, że masz komu oddać nadliczbowe lub końcówkę paczki. Dopiero w pieluchach nr. 4 Mi. chodzi już od kilku miesięcy i cały czas są dobre.

wtorek, 4 lipca 2017

Pulchny Mi.

        Podczas spaceru zagadnęła nas starsza pani, która spacerowała z wnuczką. Dziewczynka uśmiechała się do nas, a Mi. co prawda nie był nią jakoś bardzo zainteresowany, ale radośnie sobie gadał i pokrzykiwał, kręcił się i rozglądał na wszystkie strony. Śmieszna też była rozmowa z panią babcią - zachwycała się Mi., że taki okrąglutki, bo jej wnusia ma rok i 5 mc, a waży 9 kg z czymś i jest niejadkiem. Ja jej na to, że babcia Mi. martwi się, czy nie jest za gruby. Na to ona dalej się zachwycać, że taki właśnie pulchniutki jak trzeba.
        Oczywiście nie omieszkałam przytoczyć tę rozmowę mojej mamie. Niech wie, że inni się zachwycają!
 

środa, 21 czerwca 2017

Starcie z BLW

        Kiedy moja siostra zaczęła rozszerzać dietę swojego starszego dziecka metoda BLW (wolne tłumaczenie na język polski: bobas lubi wybór) była mi całkowicie nieznana. Siostra nakreśliła mi o co mniej więcej w niej chodzi i że jej zależy, żeby dzięki tej metodzie uniknąć wychowania niejadka. Nie miałam szczególnej opinii na tan temat, ale wydawało mi się, że może bezpieczniej byłoby trochę BLW, trochę tradycyjnie - łyżeczką. Potem, z tego co pamiętam, był pewien problem, żeby wprowadzić kasze - dziecko nie akceptowało żadnej. Problem z nabiałem jest do tej pory. Generalnie Z. mieści się w definicji niejadka.
        Kiedy moja siostra zaczęła rozszerzać dietę swojego młodszego dziecka trochę stosowała BLW, trochę karmiła łyżeczką. K. jest jadkiem. Ma fazy niejadkowstwa głównie wtedy kiedy zapatruje się na Z. /czyli ostatnio stosunkowo często/.
       Teraz, porównując dwoje swoich dzieci, moja siostra uważa, że to nie sposób wprowadzania pokarmów uzupełniających ma decydujące znaczenie, ale charakter dziecka. Z. jest osobą ostrożną, nieśmiałą, podejrzliwie podchodzi do każdej nowej rzeczy. K. jest odważna w kontaktach z ludźmi, chętnie próbuje wszystkiego. I nie dotyczy to tylko jedzenia.
       Kiedy przymierzałam się do rozpoczęcia rozszerzania diety Mi. moja siostra powiedziała, że fajnie jak dzieci jedzą BLW - wtedy szybciej uzyskuje się samodzielność w zjadaniu posiłku, ale z drugiej strony wygodne jest jak można też dziecko nakarmić łyżeczką - bo w pewnych sytuacjach sprawdza się to po prostu lepiej.

        Mi. zaczął swoją przygodę z jedzeniem jak miał niespełna 6 mc.ż. Bogatsi o doświadczenia mojej siostry zaczęliśmy od łyżeczki /bo jak gotowaną dynię podać do rączki to ja nie wiem/, ale już po kilku dniach próbowaliśmy podawać kawałki warzyw do samodzielnego jedzenia. A to co zostało z kawałków i dało się pozbierać następnego dnia przerabiałam na zupę.
       Były lepsze dni i gorsze. Miałam moment całkowitego zwątpienia w BLW, bo wydawało mi się, że nic z tego co podałam Mi. nie trafiło do buzi. Miałam moment całkowitego zwątpienia w łyżeczkę - jak łyżeczka zbliżała się do buzi to /bez względu na zawartość/ Mi. odwracał głowę w całkiem inną stronę. Miałam moment zwątpienia we wszystko - czy to możliwe, żeby żadne warzywo poza dynią nie przypadło Mi. do gustu? I wtedy odkryliśmy smak szparagów i ciecierzycy, co uratowało mnie przed rozpaczą ;P
       W końcu wyluzowałam i znalazłam złoty środek: Mi. dostaje coś do rączki, a ja w międzyczasie podaję mu łyżeczką drugą część posiłku. Na śniadanie i kolację zjada kaszę z owocami lub warzywami, na obiad zupkę lub wybór warzyw do samodzielnego jedzenia rączką. Czasem do posiłku lub miedzy posiłkami zjada też jakieś warzywa lub chrupki kukurydziane, a ostatnio chrupki wielozbożowe z jabłkiem i marchewką, które dostał od dziadków. Ja mam poczucie, że coś tam zjada, on ma poczucie, że sam sobie to włożył do buzi.

       Aktualnie Mi. ma prawie 8 mc. Dostaje dodatkowe /poza moim mlekiem/ posiłki od około 2 mc i smakował już ponad 30 różnych rodzajów pokarmów: warzyw, owoców, kasz, mięsa, ryb i jajo. Przymierzamy się do nabiału. Często je bez ubrania /w samej pieluszce/, żeby łatwiej było sprzątnąć. Wczoraj kąpałam go po jedzeniu 3 razy /na śniadanie były truskawki, po zupie i po buraku, który dostał w charakterze drugiego dania/. Naszym nieodłącznym przyjacielem jest krzesełko do karmienia - wzięliśmy je ze sobą nawet jak jechaliśmy nad morze - bez niego byłoby trudno jakoś sensownie nakarmić Mi.

        ***
        Podsumowując:
1. Od razu planowałam trochę BLW, trochę podawać jedzenie łyżeczką.
2. Karmienie dziecka metodą BLW jest dla mnie bardzo frustrujące /przynajmniej na razie/, gdyż jedzenie jest wszędzie - na stoliku, pod stolikiem, na dziecku /buzia, ręce, brzuch, nogi, włosy/, wszędzie dookoła /na podłodze/. W zasadzie po większości posiłków dziecko nadaje się do mycia w całości ;P. Mam wrażenie, że dużo się marnuje, a ja nie lubię wyrzucać jedzenia.
3. Karmienie dziecka metodą BLW daje mi szansę chwilę zająć się sobą /oczywiście jednocześnie pilnując młodego/, np. zjeść razem z nim śniadanie. Czas posiłku można wydłużyć - dziecko ma co robić, a ja wcinam to moje śniadanie albo zmywam naczynia po posiłku.
4. Karmienie łyżeczką jest dużo wygodniejsze poza domem - nie zamienia cudzego mieszkania w śmietnik. Pozwala też innym osobom, nieprzekonanym do BLW /dziadkowie/ nakarmić berbecia podczas naszej nieobecności.
5. Karmienie łyżeczką skraca czas posiłku.

Ps. Póki co Mi. popija posiłki głównie mlekiem z piersi. Dodatkowo pije tylko wodę, ale raczej nieregularnie. Kiedy zaczął interesować się moim kubkiem /a miał wtedy jakieś 5,5 mc./ próbowałam go napoić z normalnego kubeczka. Nawet pił, a potem zawartość buzi wypływała mu na koszulkę i na mnie. Jednak kiedy kilka tygodni później spróbowaliśmy pić z kubka Lovi360 załapał od razu. Z niekapka nie umiałam go nauczyć /ale nie mam o to do siebie pretensji;) - podobno Lovi360 jest lepszy/.

Ps2. Powyższy tekst jest częścią mojego pamiętnika :) Nie traktuj go jak porady.

Ps3. Swoją drogą szkoda, że w necie tyle osób pisze o rozszerzaniu diety, ale... bez konkretów: tak wyglądało menu naszego szkraba wczoraj: rano to-i-to, na obiad to-i-tamto, na kolację... A jakby taką przykładową dietą pochwalił się np. dietetyk, to dopiero byłaby gratka! No chyba, że starczy nam przykładowa dieta ze strony producenta słoiczków dla dzieci - i to dobre - można się trochę zasugerować...

środa, 14 czerwca 2017

Prażynki

M.: Masz ochotę na prażynki?
Ja: Nie mam, ale jak chcesz to sobie weź...
M. sięga do szafki po prażynki, a ja kontynuuję:
Ja: .. nie obrażę się bardzo z tego powodu.
M. robi głupią minę





i mówi:
M.: Tak wygląda moja kochana żona jak jest obrażona...

wtorek, 6 czerwca 2017

Czy szukasz zajmującej zabawki dla dziecka?

       Urodziłaś. Teraz w pocie czoła wychowujesz. Czytasz książeczki, puszczasz Mozarta, dobierasz zabawki, żeby były naprawdę edukacyjne i estetyczne, planujesz kreatywne zabawy...

        W końcu musisz wyjść na chwilę z pokoju: zjeść śniadanie lub do WC i wtedy... twoje dziecko znajduje sobie samo wspaniałą zabawkę! To butelka z wodą mineralną! Przelewa się, skrzypi naciśnięta, a etykietka świetnie nadaje się do odlepiania i wspaniale trzeszczy, duże lepiej niż nie jedna szeleszcząca maskotka!
        I po co było się napinać?




ps. A skoro już o wodzie to... pozdrawiam znad Bałtyku! No dobra, znad zatoki ;P