Zaczęło się prawdziwe życie w przedszkolu.Wczoraj na drzwiach przedszkola zawisła kartka, że wykryto w naszym przedszkolu 2 przypadki wszawicy. Oczywiście od razu zaczęło mnie wszystko swędzieć, jak tylko o tym usłyszałam. Wieczorem umyliśmy Mi. głowę i obejrzałam go na tyle dokładnie, na ile pozwolił się obejrzeć. Ciekawe czy te przypadki są w naszej grupie. Bo jeśli w innej, to może jestemy uratowani.
Dziś pierwszy raz odprowadzałam chłopaków do przedszkola i żłobka sama. M. pojechał na targi do Gdańska i pociąg miał o 6:20, wiec jechał na dworzec autobusem o 5 coś. Brrr... nie zazdroszczę.
6:15 chłopcy wstali. Dziś namawiałam Mi., że idziemy wszyscy do pracy. Tata już poszedł, a my zaraz też pójdziemy pracować. Dlatego Mi. wziął ze sobą teczkę z potrzebnymi rzeczami.
7:13 wyszliśmy z domu.
7:36 odstawiliśmy GP do żłobka.
7:39 ruszyliśmy w kierunku przedszkola. Mieliśmy zawahanie przy szpitalu. Nie wiem tylko czy Mi. chciał iść pracować ze mną, czy... chciał mnie odprowadzić, a do przedszkola iść sam ;P.
Przed 8 odstawiałm Mi. na salę. Jeszcze skoczyłam do p. Uli, żeby wyjaśnić, czemu nasza karta wstępu nie działa. Karta została, żeby mogła być dokładnie sprawdzona. Niestety dopiero w przedszkolu przypomniało mi się, że czapka Mi. została w wózku, który został w żłobku.Pobiegłam do kościoła na Mszę Św. na godzinę 8:00 już trochę spóźniona. Weszłam podczas psalmu.
Po Mszy poszłam do żłobka po czapkę, w międzyczasie zbierając kasztany, o które prosiła p. Jola, nauczycielka Mi. Potem z powrotem do przedszkola, po drodze zbierając szyszki, żeby zostawić tę czapkę. W drodze do domu znalazłam jeszcze kilka żołędzi z czapeczkami i zerwałam trochę nosków z klonu. Udany połów!
Trochę mam taki wyrzut sumienia, że może chociaż częściowo Mi. powinien to zbierać. Ale może trochę jeszcze uzbiera. A jakąś ilość po prostu mamy już zabezpieczoną.







