czwartek, 26 września 2019

Z pamiętnika mamy przedszkolaka

        Zaczęło się prawdziwe życie w przedszkolu.

        Wczoraj na drzwiach przedszkola zawisła kartka, że wykryto w naszym przedszkolu 2 przypadki wszawicy. Oczywiście od razu zaczęło mnie wszystko swędzieć, jak tylko o tym usłyszałam. Wieczorem umyliśmy Mi. głowę i obejrzałam go na tyle dokładnie, na ile pozwolił się obejrzeć. Ciekawe czy te przypadki są w naszej grupie. Bo jeśli w innej, to może jestemy uratowani.

        Dziś pierwszy raz odprowadzałam chłopaków do przedszkola i żłobka sama. M. pojechał na targi do Gdańska i pociąg miał o 6:20, wiec jechał na dworzec autobusem o 5 coś. Brrr... nie zazdroszczę.

        6:15 chłopcy wstali. Dziś namawiałam Mi., że idziemy wszyscy do pracy. Tata już poszedł, a my zaraz też pójdziemy pracować. Dlatego Mi. wziął ze sobą teczkę z potrzebnymi rzeczami.
        7:13 wyszliśmy z domu.
        7:36 odstawiliśmy GP do żłobka.
        7:39 ruszyliśmy w kierunku przedszkola. Mieliśmy zawahanie przy szpitalu. Nie wiem tylko czy Mi. chciał iść pracować ze mną, czy... chciał mnie odprowadzić, a do przedszkola iść sam ;P.
        Przed 8 odstawiałm Mi. na salę. Jeszcze skoczyłam do p. Uli, żeby wyjaśnić, czemu nasza karta wstępu nie działa. Karta została, żeby mogła być dokładnie sprawdzona. Niestety dopiero w przedszkolu przypomniało mi się, że czapka Mi. została w wózku, który został w żłobku.
        Pobiegłam do kościoła na Mszę Św. na godzinę 8:00 już trochę spóźniona. Weszłam podczas psalmu.

       Po Mszy poszłam do żłobka po czapkę, w międzyczasie zbierając kasztany, o które prosiła p. Jola, nauczycielka Mi. Potem z powrotem do przedszkola, po drodze zbierając szyszki, żeby zostawić tę czapkę. W drodze do domu znalazłam jeszcze kilka żołędzi z czapeczkami i zerwałam trochę nosków z klonu. Udany połów!

       Trochę mam taki wyrzut sumienia, że może chociaż częściowo Mi. powinien to zbierać. Ale może trochę jeszcze uzbiera. A jakąś ilość po prostu mamy już zabezpieczoną.

środa, 25 września 2019

Pipi i brat Pipi - czyli o tym jak (celnie) strzelić sobie w kolano

     Pipi już dawno jest ulubionym pluszakiem Mi. Najpierw przypadła mu do gustu długa metka, idealna do miętoszenia w małej rączce podczas zasypiania.
     Podchwyciliśmy pomysł - Pipi jest niewielka, a dzięki temu poręczna, idealna jako przedmiot przywiązania. Zabieraliśmy ją na wyjazdy. Czasem Pipi opowiada o swoich problemach, w nadziei, że to pomoże Mi. uporać się z jego trudnościami. Ostatnio Pipi towarzyszy Mi. w przedszkolu. Kiedy pewnego dnia, w pierwszym tygodniu września, zapomnieliśmy ją wziąć, rozstanie było jeszcze bardziej dramatyczne niż codzień. 
     Wtedy zaczęliśmy zastanawiać się nad kupieniem drugiej Pipi. Niestety w sklepie, z którego ją mamy zmienił się już asortyment. W końcu jest już z nami ponad 2 lata. M. zaczął szukać w innych sklepach i tak znalazł maskotkę, która wydawała się podobna do Pipi. Zamówiliśmy. Nim do nas przyszła, opowiadaliśmy Mi., że przyjedzie do nas brat Pipi. 
     I przyjechał. Mi. od razu się spodobał. Zaczął chodzić wszędzie z dwoma maskotkami: po domu i na dworze. Pójście spać bez ułożenia obok siebie Pipi i brata Pipi stało się niemożliwe. A we mnie zaczęło narastać PRZERAŻENIE: czy to znaczy, że teraz będziemy musieli pamiętać o dwóch Pipi??? I co będzie jak do przedszkola Mi. zapragnie zabrać obie maskotki??? Ale strzał w kolano. Celny.
     Tak się złożyło, że akurat wtedy Mi. kilka dni był w domu (bostonka). Kiedy w poniedziałek przed wyjściem do przedszkola poprosiliśmy, żeby wybrał kogo chce wziąć: Pipi czy brata Pipi. Wziął brata Pipi. We wtorek wybrał Pipi. W środę znów brata...
     Wygląda więc, że jakoś damy radę.


 

wtorek, 24 września 2019

Po 3 tygodniach przedszkola

     W pierwszym tygodniu przedszkola Mi. nauczył się robić buzie w podkówkę. Nie powiem, żeby przypadki mi do gustu zgłaszanie dezaprobaty, w każdej najmniejszej sprawie, w ten właśnie sposób.
     Jednak w zeszłym tygodniu, kiedy chory na „bostonkę” był razem ze mną w domu zauważyłam również pozytywne zmiany. Po pierwsze je zupę. Siada i przez jakiś czas naprawdę wiosłuje łyżką z talerza do buzi. Może nie bardzo długi ten czas, ale istotna ilość zupy znika z talerza.
     Druga umiejetność cieszy mnie jeszcze bardziej. Nauczył się wymawiać słowo dzięki, a potem dziękuje i korzysta z niego adekwatnie. Często przyłącza się do mojego dziękowania w sklepie czy naszego wspólnego, jak wychodzimy od rodziców. A sposób w jaki skanduje dzię-ku-je-my, świadczy o tym, że w przedszkolu utrwala tę umiejetność.

***
     Wczoraj był piknik w przedszkolu, podczas którego Mi. został pasowany na przedszkolaka. To było wydarzenie! Czekamy na nowe umiejętności!


sobota, 14 września 2019

Tata, nie tu

     Jesteśmy na działce. Dziadek postanowił pójść z Mi. na spacer. Mi. chętnie przystał na propozycje. Koniecznie chciał wziąć grabie, wiec wziął.
     Weszli do lasu furtką z tylłu działki. Szybko się okazało, że Mi. bardzo precyzyjnie wie, gdzie chce iść - do mieszkania dziadków!
     W mieszkaniu dziadków bywa teraz dość rzadko. A tam tyle zabawek! Kiedy już zacznie się nimi bawić, ciężko go wywabić z mieszkania. Pojechał wiec po nich M. Plan był taki, że w związku z porą odpowiednią na drzemkę, zrobią jeszcze jakaś dodatkową trasę, żeby Mi. zasnął. Kiedy, przy „hotelu” skręcili w drugą drogą, niż ta, która prowadzi na działki Mi. przytomnie zauważył.
     - Tata, nie tu.

Zabawa zaproponowana przez Mi.

Mi. wymyślił wczoraj zabawę. Objaśnia zasady:
- Ty ucieka. Bobo goni.
:)

niedziela, 8 września 2019

Adaptacja

     Pierwszego dnia w przedszkolu Mi. został bez problemu. Poszedł do przedszkola radośnie, odprowadzany przez tatę. Z Relacji wynikało, ze Mi. w pierwszym momencie się zawstydził, a potem(kiedy M. rozmawiał z panią) pobiegł się bawić. Nawet nie chciał za bardzo żegnać się z M. Zrobili sobie pa, pa i M. wyszedł. Jednak kiedy go odebrał okazało się, że zjadł tylko śniadanie i widać było, że niedawno płakał. Potem jednak deklarował, że chce iść kolejnego dnia do przedszkola.

     Drugiego dnia było troszkę problemów przy ubieraniu, ale wyszliśmy wszyscy razem, duże chłopaki zostali, żeby pooglądać budowę metra, a ja z GP poszliśmy na adaptacje do żłobka.

     Wydawało mi się, że Jestem mentalnie przygotowana na adaptacje chlopakow w przedszkolu i żłobku. Drugi dzień w przedszkolu pokazał, ze nie. Kiedy dostałam smsa, że Mi. został z płaczem, myślałam, że sama się rozpłacze. Ale byłam na tej adaptacji z GP i musiałam trzymać fason. Dokładnie wyglądało to tak, że doszli pod sale i Mi. nie chciał wejść. M. Zapytał czy pokaże mu zabawki, a jak Mi. przekroczył próg przejęła go pani, pokazując jednoczesnie, że M. ma zostać poza salą.

     W drodze do domu kupiłam mu książeczkę z naklejkami. Mam nadzieję, że za kilka tygodni będzie się świetnie bawił w przedszkolu i chętnie tam chodził, ale tego dnia byłam w rozsypce.

     Trzeciego dnia Musielismy się nieźle napracować, żeby Mi. do przedszkola dotarł. Nie chciał się ubrać, ale chciał tyty, wiec powiedzieliśmy, że dostanie tyty jak się ubierze. Nie chciał wyjść z domu, wiec wyszliśmy całą ferajną, żeby nie mógł i nie chciał zostać w domu sam. Potem było jeszxze dużo kombinacji, żeby odciągnąć go od budowy metra, nie pozwolić mu na przystanek przy siłowni plenerowej i wiatrakach. Na koniec uciekał po szatni, żeby nie dać się ubrać w buty. Ostatecznie M. zaniósł go górę znów płaczącego.
Jak go odbierałam pani powiedziała, że nic nie jadł, ale jeszcze zaproponowała mu arbuza. Mi. się zgodził i pół drogi powrotnej jadł arbuza.

    Czwartego dnia dał się zanieść na rękach pod przedszkole. Samo wejście do budynku było trudne. W sztni trochę lepiej, ale dalej zakładanie butów nie było fajne. Zaniosłam go ma górę, tam się długo przytulaliany, ale na koniec pani musiała go ode mnie zabrać.

     Pierwszy raz coś zjadł na obiad w przedszkolu.

     Piątego dnia najpierw odprowadziliśmy GP. Potem Mi. dojechał na biegówce pod samo przedszkole. Dzięki temu, że szliśmy od drugiej strony, zorientował się, że znow jedziemy do przedszkola chyba dopiero pod samą bramą. Kiedy go zachęcaliśmy, żeby wszedł na teren przedszkol nadeszła Julka z mamą i ciut nam pomogły. Efekt nie był może spektakularny, ale istotny.

     Z GP póki co jest łatwiej. Najpierw 3 dni adaptacji, całkiem bezproblemowe, bo z mamą lub tatą. 

     W czwartek, pierwszego dnia, kiedy maila zostać bez nas, sam wmaszerował do sali. Potem panie mówiły, ze jadl(jako jedno z 5 dzieci, które w ogóle jadły), mało płakał, uciął sobie drzemke przed obiadem. Tyle, że smok był potrzebny.

     W piątek już nie był taki pewny czy chce zostać, ale nie było specjalnych spazmów. Tylko od razu pani poprosiła o smoka. W ciągu dnia zjadł sniadanie, nie zjadł obiadu, przespał się trochę i ogólnie był pogodny.

Wniosek:
Jak to nic nie wiadomo z góry! Mi. miał wejść w życie przedszkolne jak burza. A jest małą smutną burzową chmurką. Za to GP, o którego się tak bardzo martwiliśmy radzi sobie całkiem niezle, póki co.

Ciekawa jestem jak będzie w drugim tygodniu. Chociaż to ciekawość mocno zmieszana ze strachem. A to już jutro.