
Coś ta końcówka ciąży nie robi mi dobrze na głowę, bo wszyscy mnie denerwują.
Ostatnio część osób, które odzywają się w jakiejś sprawie lub tylko po to, żeby zapytać jak się czuję /i przy okazji dowiedzieć czy już urodziłam/ mówi mi, że skoro jeszcze młody jest w brzuchu, to chyba nie wybieram się na wesele /które jest na początku sierpnia/ z dzidziusiem i pójdzie na nie reprezentacja rodziny czyli M. i ew. Mi. Do kościoła podobnie. Bo wirusy i bakterie i jak można do ludzi iść z takim małym dzieckiem?!?!? I ten hałas, olaboga!!! Już ze 3 koleżanki lekarki mnie pod tym względem ustawiają.
A ja się pytam: co to kogo obchodzi??? Zrobię tak jak będę uważała za słuszne! Sierpień nie jest miesiącem z dużą ilością infekcji, a poza naszymi dziećmi innych prawie nie będzie. Pewnie maluch będzie wzbudzał zainteresowanie, może będzie niezadowolony z tłumu, ale najwyżej zwiedzimy trochę dokładniej teren dookoła kościoła, a potem ogródek i pokój w lokalu. I wyjdziemy o 22 lub zaraz po północy, a nie tak jak w czasach bezdzieciowych - jako ostatni niemal goście.
Bardziej od tego czy to zdrowe dla noworodka martwi mnie to jak ja się będę czuć w połogu! Wiem, że jeżdżenie całą rodziną, najpierw na ślub, potem na wesele będzie bardzo dla nas wszystkich męczące. Ale i tak stanę na uszach, żeby nie zrobić przykrości Młodej Parze - czyli siostrze M. i jej narzeczonemu.
No chyba, że nas w szpitalu zamkną.
***
Nota bene z Mi. pierwszy raz do przychodni wybraliśmy się jak miał 2 tygodnie, a wcześniej były już krótkie spacerki w ramach zaprawy. W kościele na Mszy Świętej był w wieku 2,5 tygodnia, bo od tego czy on pójdzie zależało czy pójdę ja - M. bał się zostać z nim sam, bo co on zrobi, skoro nie może dać mu piersi. W kolejnych dniach /nim skończył 3 tygodnie/ odwiedziliśmy też jakiś sklep! W końcu trzeba coś jeść! A to był listopad!