Pierwszego dnia w przedszkolu Mi. został bez problemu. Poszedł do przedszkola radośnie, odprowadzany przez tatę. Z Relacji wynikało, ze Mi. w pierwszym momencie się zawstydził, a potem(kiedy M. rozmawiał z panią) pobiegł się bawić. Nawet nie chciał za bardzo żegnać się z M. Zrobili sobie pa, pa i M. wyszedł. Jednak kiedy go odebrał okazało się, że zjadł tylko śniadanie i widać było, że niedawno płakał. Potem jednak deklarował, że chce iść kolejnego dnia do przedszkola.
Drugiego dnia było troszkę problemów przy ubieraniu, ale wyszliśmy wszyscy razem, duże chłopaki zostali, żeby pooglądać budowę metra, a ja z GP poszliśmy na adaptacje do żłobka.
Wydawało mi się, że Jestem mentalnie przygotowana na adaptacje chlopakow w przedszkolu i żłobku. Drugi dzień w przedszkolu pokazał, ze nie. Kiedy dostałam smsa, że Mi. został z płaczem, myślałam, że sama się rozpłacze. Ale byłam na tej adaptacji z GP i musiałam trzymać fason. Dokładnie wyglądało to tak, że doszli pod sale i Mi. nie chciał wejść. M. Zapytał czy pokaże mu zabawki, a jak Mi. przekroczył próg przejęła go pani, pokazując jednoczesnie, że M. ma zostać poza salą.
W drodze do domu kupiłam mu książeczkę z naklejkami. Mam nadzieję, że za kilka tygodni będzie się świetnie bawił w przedszkolu i chętnie tam chodził, ale tego dnia byłam w rozsypce.
Trzeciego dnia Musielismy się nieźle napracować, żeby Mi. do przedszkola dotarł. Nie chciał się ubrać, ale chciał tyty, wiec powiedzieliśmy, że dostanie tyty jak się ubierze. Nie chciał wyjść z domu, wiec wyszliśmy całą ferajną, żeby nie mógł i nie chciał zostać w domu sam. Potem było jeszxze dużo kombinacji, żeby odciągnąć go od budowy metra, nie pozwolić mu na przystanek przy siłowni plenerowej i wiatrakach. Na koniec uciekał po szatni, żeby nie dać się ubrać w buty. Ostatecznie M. zaniósł go górę znów płaczącego.
Jak go odbierałam pani powiedziała, że nic nie jadł, ale jeszcze zaproponowała mu arbuza. Mi. się zgodził i pół drogi powrotnej jadł arbuza.
Czwartego dnia dał się zanieść na rękach pod przedszkole. Samo wejście do budynku było trudne. W sztni trochę lepiej, ale dalej zakładanie butów nie było fajne. Zaniosłam go ma górę, tam się długo przytulaliany, ale na koniec pani musiała go ode mnie zabrać.
Pierwszy raz coś zjadł na obiad w przedszkolu.
Piątego dnia najpierw odprowadziliśmy GP. Potem Mi. dojechał na biegówce pod samo przedszkole. Dzięki temu, że szliśmy od drugiej strony, zorientował się, że znow jedziemy do przedszkola chyba dopiero pod samą bramą. Kiedy go zachęcaliśmy, żeby wszedł na teren przedszkol nadeszła Julka z mamą i ciut nam pomogły. Efekt nie był może spektakularny, ale istotny.
Z GP póki co jest łatwiej. Najpierw 3 dni adaptacji, całkiem bezproblemowe, bo z mamą lub tatą.
W czwartek, pierwszego dnia, kiedy maila zostać bez nas, sam wmaszerował do sali. Potem panie mówiły, ze jadl(jako jedno z 5 dzieci, które w ogóle jadły), mało płakał, uciął sobie drzemke przed obiadem. Tyle, że smok był potrzebny.
W piątek już nie był taki pewny czy chce zostać, ale nie było specjalnych spazmów. Tylko od razu pani poprosiła o smoka. W ciągu dnia zjadł sniadanie, nie zjadł obiadu, przespał się trochę i ogólnie był pogodny.
Wniosek:
Jak to nic nie wiadomo z góry! Mi. miał wejść w życie przedszkolne jak burza. A jest małą smutną burzową chmurką. Za to GP, o którego się tak bardzo martwiliśmy radzi sobie całkiem niezle, póki co.
Ciekawa jestem jak będzie w drugim tygodniu. Chociaż to ciekawość mocno zmieszana ze strachem. A to już jutro.