Mąż do mnie:
- Kończą mi się majtki.
Ja:
- To trzeba je zdjąć z suszarki...
Równouprawnienie? Czy ktoś to gdzieś widział?...
wtorek, 20 grudnia 2016
poniedziałek, 19 września 2016
Mieszkaniec brzucha
Ostatnio zapytałam M. czy chciałby być w ciąży.
- Gdybym miał tak wymiotować jak ty - odpowiedział - to bym nie chciał.
Ruchy czuję od około 17/18 tygodnia ciąży, ale to bardzo indywidualne, kiedy poszczególne mamy zaczynają je czuć. Często Mały Mi porusza się dosłownie 2-3 razy i kiedy wołam M., żeby spojrzał lub przyłożył rękę, to akurat aktywność dobiegła już końca. Jak jeszcze mogłam leżeć na plecach (tak mniej więcej do końca II trymestru, od tamtej pory na plecach zaczyna mi być duszno), najłatwiej było wyczuć czy wypatrzeć ruchy Małego rano, jeszcze nim wstałam z łóżka, właśnie w czasie leżenia na plecach. Teraz najdłuższą aktywność prezentuje wieczorem, tuż po tym, jak położę się do łóżka. Może też potrzebuje znaleźć wygodną pozycję? ;) Bywa, że kilka razy dziennie czuję, że Mały Mi ma czkawkę - czuję wtedy takie śmieszne, rytmiczne, delikatne podskoki.
***
Czekamy. Jeszcze mamy około miesiąc, półtora, jak źle pójdzie może 2 nim się pojawi i wywróci nasze życie do góry nogami.
- Gdybym miał tak wymiotować jak ty - odpowiedział - to bym nie chciał.
Coraz częściej spędzamy czas na obserwowaniu jak Mały Mi próbuje się rozpychać w moim brzuchu. Czasem do niego delikatnie pukamy. Bywa, że nam przyklepuje piąteczkę, innym razem zupełnie go nie interesują nasze zaczepki.
M. próbował nawet wysłuchać uchem czy słychać bicie serducha. Niestety nie udało się. Potem próbował stetoskopem. Niestety jedyne słuchawki, które mamy w domu są popsute, wiec absolutnie nic nie są w stanie nagłośnić. Ruchy czuję od około 17/18 tygodnia ciąży, ale to bardzo indywidualne, kiedy poszczególne mamy zaczynają je czuć. Często Mały Mi porusza się dosłownie 2-3 razy i kiedy wołam M., żeby spojrzał lub przyłożył rękę, to akurat aktywność dobiegła już końca. Jak jeszcze mogłam leżeć na plecach (tak mniej więcej do końca II trymestru, od tamtej pory na plecach zaczyna mi być duszno), najłatwiej było wyczuć czy wypatrzeć ruchy Małego rano, jeszcze nim wstałam z łóżka, właśnie w czasie leżenia na plecach. Teraz najdłuższą aktywność prezentuje wieczorem, tuż po tym, jak położę się do łóżka. Może też potrzebuje znaleźć wygodną pozycję? ;) Bywa, że kilka razy dziennie czuję, że Mały Mi ma czkawkę - czuję wtedy takie śmieszne, rytmiczne, delikatne podskoki.
***
Czekamy. Jeszcze mamy około miesiąc, półtora, jak źle pójdzie może 2 nim się pojawi i wywróci nasze życie do góry nogami.
środa, 14 września 2016
Ostatnia sztuka, którą ktoś mi prakycznie wyjął z ręki
Coś ostatnio nie mamy szczęścia do zakupów internetowych. A było tak...
piątek, 2 września 2016
Dron
Na osiedlowym boisku chłopcy puszczali drona. Wypatrzył ich M. i z równą jak oni radością wpatrywał się jak dron szybuje w powietrze. Początkowo niepewnie, z każdą chwilą odważniej, wreszcie na wysokość bloków (bloki mają 6 pięter). Chłopcy wyglądali na zachwyconych. M. także. Nawet ja zerknęłam, bo trudno mi było uwierzyć, że zabawka może tak wysoko polecieć. I trochę się podśmiewałam, że jak M. z tatą puszczali drona to robili to w salonie, żeby nie uciekł. Nawet jak M. z T. puszczali całkiem już dużego drona to nie odważyli się go posłać zbyt wysoko. A chłopcy proszę...
Wtem zamieszanie na boisku. Dron poleciał na jakiś balkon i nie udało się nim stamtąd wyfrunąć. Chłopcy polecieli do klatki, żeby odzyskać drona. M. spoglądał jeszcze przez okno co jakiś czas i z nerwowych ruchów na boisku wywnioskował, że póki co drona nie odzyskali.
***
Wieczorem poszłam na spacer. Z powrotem byłam dopiero około godziny 20. Po wejściu do klatki chciałam jeszcze zobaczyć czy czegoś nie ma w skrzynce pocztowej. W międzyczasie do domofonu podeszło dwóch chłopców. Otworzyłam im drzwi - zawsze to szybciej niż wbijać kod.
- Czy jest pani z 5. piętra? - zagaił jeden. A mi od razu się skojarzyło.
- Jesteście od tego drona?
Zrobili krok w moim kierunku, a twarze wyrażały nadzieję. Niestety musiałam przyznać, że nie jestem im w stanie pomóc, bo na 5. piętrze nie mieszkam. Pytali jeszcze czy może kogoś tam znam. Ale nie znam. Polecieli więc do windy, żeby próbować zapukać do drzwi mieszkania, gdzie niechcący zaplątał się ich dron.
Wtem zamieszanie na boisku. Dron poleciał na jakiś balkon i nie udało się nim stamtąd wyfrunąć. Chłopcy polecieli do klatki, żeby odzyskać drona. M. spoglądał jeszcze przez okno co jakiś czas i z nerwowych ruchów na boisku wywnioskował, że póki co drona nie odzyskali.
***
Wieczorem poszłam na spacer. Z powrotem byłam dopiero około godziny 20. Po wejściu do klatki chciałam jeszcze zobaczyć czy czegoś nie ma w skrzynce pocztowej. W międzyczasie do domofonu podeszło dwóch chłopców. Otworzyłam im drzwi - zawsze to szybciej niż wbijać kod.
- Czy jest pani z 5. piętra? - zagaił jeden. A mi od razu się skojarzyło.
- Jesteście od tego drona?
Zrobili krok w moim kierunku, a twarze wyrażały nadzieję. Niestety musiałam przyznać, że nie jestem im w stanie pomóc, bo na 5. piętrze nie mieszkam. Pytali jeszcze czy może kogoś tam znam. Ale nie znam. Polecieli więc do windy, żeby próbować zapukać do drzwi mieszkania, gdzie niechcący zaplątał się ich dron.
sobota, 27 sierpnia 2016
Papierosy są do d...!
Wychodzę z bloku. Nie zdążyłam jeszcze zejść po schodach, a już widzę, że na chodniku mignął mi jakiś człowiek, za którym unosi się charakterystyczny dymek. Niestety poszedł w tę stronę, w którą i ja zaraz skręcę, przez co jeszcze przez pewien czas dymek będzie mi towarzyszyć :( Przeszłabym na drugą stronę ulicy, ale tam nie ma chodnika. Mogłabym zejść na uliczkę, w końcu to tylko droga osiedlowa, wiec mało ruchliwa. Ale najczęściej będę w takiej sytuacji podążać wcześniej ustaloną trasą, zła na cały świat, że muszę wąchać smród papierosów. Zresztą przy wyjściu z osiedla prawdopodobnie spotkam kolejną, często nie jedną osobę, która pali. Nim dojdę do przejścia dla pieszych, a najdalej czekając na zielone światło, kolejną... I tak wszędzie. Co z tego, ze niby jest zakaz palenia w miejscach publicznych? Co z tego, że to nie zdrowe? Nie modne? Co z tego, że to komuś przeszkadza, truje nie tylko palacza, ale i przypadkowe osoby, które nijak nie są w stanie wyeliminować wątpliwej przyjemności wąchania dymu tytoniowego?
Niestety we własnym mieszkaniu też nie mogę być pewna, że powietrze będzie wolne od swądu papierosów. Sąsiedzi palą, a zatem nie potrzeba wiele, by zaciągnęło przez moje okna, które teraz w lecie są cały czas otwarte. A i w zimie trudno wywietrzyć, bo okazuje się zwykle, że któryś z okolicznych palaczy akurat wybrał sobie ten moment na wątpliwy relaksik z papierosem.
To sobie ponarzekałam. Nic to nie zmieni. Oni (w przytłaczającej większości) nie zrezygnują z nałogu. A ja z mojego zdania: że papierosy są do dupy!
Niestety we własnym mieszkaniu też nie mogę być pewna, że powietrze będzie wolne od swądu papierosów. Sąsiedzi palą, a zatem nie potrzeba wiele, by zaciągnęło przez moje okna, które teraz w lecie są cały czas otwarte. A i w zimie trudno wywietrzyć, bo okazuje się zwykle, że któryś z okolicznych palaczy akurat wybrał sobie ten moment na wątpliwy relaksik z papierosem.
To sobie ponarzekałam. Nic to nie zmieni. Oni (w przytłaczającej większości) nie zrezygnują z nałogu. A ja z mojego zdania: że papierosy są do dupy!
Plakat autorstwa Andrzeja Pągowskiego.
piątek, 5 sierpnia 2016
Fioletowa wyszła!
Fioletowa wyszła!!! Ale mi smutno! W tym roku pielgrzymować nie będę :( Pierwszy raz od 15 lat...
Ale przez pierwsze 3 dni idzie M. Z tego powodu również mi smutno - że nie będziemy się widzieć cały weekend :( No dobra, nie taki cały, bo jutro mam nadzieję, że pojadę do Niepokalanowa w odwiedziny.
W tym roku będę pielgrzymować tylko (albo aż) duchowo. Mam nadzieję, że starczy mi wytrwałości do codziennej modlitwy i zgłębiania tematu dnia za pomocą programu duchowego. Wbrew pozorom może to być trudniejsze niż modlitwa w drodze, którą w pewnym sensie ktoś planuje za mnie i nawet trochę narzuca mi jej czas. Ciekawe czy na stronie wapm.waw.pl na bieżąco będą zamieszczane kazania z Mszy Świętych w czasie pielgrzymki. Na razie są jeszcze te zeszłoroczne...
W tym roku pielgrzymujemy pod hasłem "Effatha" - Otwórz się. To już 36. Warszawska Akademicka Pielgrzymka Metropolitalna. Módlmy się o dobre owoce pielgrzymowania dla wszystkich jej uczestników!
wtorek, 26 lipca 2016
A gdyby tak napić się wina - wspomnienia z wakacji
Jesteśmy na wakacjach, więc postanowiliśmy napić się wina.
Problem nr 1:
Nie mamy korkociągu. można by kupić, ale nie można go przewieźć samolotem /mamy tylko bagaż podręczny/, wiec bez sensu kupować.
Jak schłodzić wino bez lodówki w temperaturze otoczenia około 30 st C?
Problem nr 1:
Nie mamy korkociągu. można by kupić, ale nie można go przewieźć samolotem /mamy tylko bagaż podręczny/, wiec bez sensu kupować.
Zatem szukamy wina innego niż w butelce szklanej.
Jest! Wino w butelce plastikowej. Ale to baniak 5 l. Będziemy to pić pół roku. A mamy czas do piątku...
Szukamy dalej...
Jest! Wino w kartonie. Tylko litr. Może damy radę.
Problem nr 2:
Jak schłodzić wino bez lodówki w temperaturze otoczenia około 30 st C?
Można nastawić klimatyzację na 5 st C. Żart, tego nie próbowaliśmy. Poza tym klimatyzacje można nastawić minimalnie na 16 st C.
A wiec może w zlewie, zimną wodą?
Zlew nieszczelny. Żeby go napełnić, woda musi lać się cały czas. Przynajmniej nie może się ogrzać ;P
Problem nr 3:
Wino okazało się być wytrawne.
Wino okazało się być wytrawne.
Ale kupiliśmy dziś również wielką bezę. Słodka jak pierun. Idealnie przełamuje smak wina.
Życzymy wszystkim smacznego!
i pozdrawiamy z Sorrento :)
D&M
ps. Niedługo później koleżanka sprzedała nam patent, że wino w szklanej butelce trzeba włożyć do buta, dnem w miejscu pięty i tym butem z wyczuciem uderzać o ścianę. Będzie na następny raz...
ps. Niedługo później koleżanka sprzedała nam patent, że wino w szklanej butelce trzeba włożyć do buta, dnem w miejscu pięty i tym butem z wyczuciem uderzać o ścianę. Będzie na następny raz...
wtorek, 19 lipca 2016
Zachcianki
Wbrew temu co mi liczne osoby próbują wmówić nie mam zachcianek.
Za to zachcianki miał M. Przyznał, że jak sam chodził na zakupy (ja nie zawsze mogłam mu towarzyszyć) to ciągle coś mu wpadało w oko. A to sos barbecue, którego nigdy wcześniej nie jadł, a to tuńczyk w puszce (który podobno zawinie we wrapa), ale jak miał ochotę na lody to się powstrzymał - w sumie szkoda - akurat lody chętnie bym zjadła. Coś też ostatnio mówił, że może zrobimy paszteciki, które można by zjeść z barszczem...
Podobno 50% facetów, których partnerki są w ciąży ma jakieś "objawy": typu tycie brzuszka czy zachcianki właśnie...
Za to zachcianki miał M. Przyznał, że jak sam chodził na zakupy (ja nie zawsze mogłam mu towarzyszyć) to ciągle coś mu wpadało w oko. A to sos barbecue, którego nigdy wcześniej nie jadł, a to tuńczyk w puszce (który podobno zawinie we wrapa), ale jak miał ochotę na lody to się powstrzymał - w sumie szkoda - akurat lody chętnie bym zjadła. Coś też ostatnio mówił, że może zrobimy paszteciki, które można by zjeść z barszczem...
Podobno 50% facetów, których partnerki są w ciąży ma jakieś "objawy": typu tycie brzuszka czy zachcianki właśnie...
poniedziałek, 6 czerwca 2016
Spacer z niespodzianką (2) - Ratuj ptaka
Razem z M. poszliśmy na spacer. Był już wieczór, tak po godzinie 20:00, ale jeszcze jasno, ciepło - jak to powinno być w czerwcu. Plan jak zwykle (od kilku spacerów): najpierw lody w pobliskim sklepie, potem dreptanie wzdłuż kanałku, który płynie za naszym osiedlem.
Szliśmy już właśnie nad tym kanałkiem, kiedy to M. wypatrzył, że przy przeciwległym brzegu coś się szamocze. Po chwili przyglądania się stwierdziliśmy, że to ptak, który wpadł do wody, a teraz nie może wyleźć na brzeg. Pewnie młody, uczący się latać... Kiedy zastanawialiśmy się co robić do naszego topielca podpłynęło stado kaczek. Podpłynęły i też się bezradnie przyglądały.
Szliśmy już właśnie nad tym kanałkiem, kiedy to M. wypatrzył, że przy przeciwległym brzegu coś się szamocze. Po chwili przyglądania się stwierdziliśmy, że to ptak, który wpadł do wody, a teraz nie może wyleźć na brzeg. Pewnie młody, uczący się latać... Kiedy zastanawialiśmy się co robić do naszego topielca podpłynęło stado kaczek. Podpłynęły i też się bezradnie przyglądały.
poniedziałek, 23 maja 2016
Siewki
Minęła już nas Zimna Zośka w towarzystwie Ogrodników. Od tego czasu wydaje się, że wiosna zadomowiła się na dobre. Nawet nasionka, które nie były zaplanowane do rośnięcia to czują!
Kilka dni temu zabrałam się za robienie czegoś z dynią. Kupiona była już ze 3 miesiące temu, a do tej pory czekała na moje lepsze samopoczucie i pomysły co w miarę od razu zrobić z całym jej miąższem. Przez ten czas leżała na często słonecznym balkonie. Rozkrajam ją... a tu niespodziewajka! W środku zaczęły kiełkować nasionka!
Kilka dni później w papryce znalazłam młode roślinki!
Kilka dni temu zabrałam się za robienie czegoś z dynią. Kupiona była już ze 3 miesiące temu, a do tej pory czekała na moje lepsze samopoczucie i pomysły co w miarę od razu zrobić z całym jej miąższem. Przez ten czas leżała na często słonecznym balkonie. Rozkrajam ją... a tu niespodziewajka! W środku zaczęły kiełkować nasionka!
Kilka dni później w papryce znalazłam młode roślinki!
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Spacer z niespodzianką
Zaczęłam więcej wychodzić. Motywuje mnie Paulina P., która ostatnio wprowadza nowy tryb życia zarówno dietetycznie jak i w zakresie regularnego wysiłku fizycznego. Wprawdzie trochę nie chce mi się samej, wiec zwykle czekam na towarzystwo: najczęściej spaceruję z M., ale zdarza się, że z koleżankami, innym razem idę po coś - np. do piekarni (wtedy zawsze mam taki dyskomfort, że cały spacer jest wzdłuż ulicy, a poza tym jak już się wybrałam to wolałabym spacerować nieco dłużej niż 15 minut).
W ciągu ostatniego tygodnia dwukrotnie spacerowaliśmy z M. późnym wieczorem, po zmroku. Wtedy właśnie mieliśmy ciekawe spotkanie z jeżami. Były to dwa różne jeże, różnej wielkości i znalezione w całkiem różnych miejscach.
Pierwszego wypatrzyłam na trawniku wzdłuż ruchliwej ulicy, przy której stoi nasze osiedle, tyle, że po drugiej stronie tej ulicy niż nasze bloki. Podczas sesji zdjęciowej jeż trochę się skulił, schował i cofną. A kiedy się oddaliliśmy widać było czarny cień całkiem szybko przemykający przez trawnik w kierunku krzaków. Jakiś kwadrans później wróciliśmy w to miejsce, ale na rozległym trawniku już nie byliśmy w stanie wypatrzeć jeża.
Drugiego spotkaliśmy dwa dni później na tyłach naszego osiedla, po drugiej stronie kanałku, który płynie zaraz na parkanem, za płotem jednej z posesji po drugiej stronie tego kanałku. Ten albo był odważniejszy albo zdawał sobie sprawę, że parkan dobrze go chroni. Ze stoickim spokojem dał się uwiecznić na fotografii. Wydawał się mniejszy od tego poprzedniego. Kiedy niedługo później wracaliśmy ze spaceru tą samą drogą, widzieliśmy, że jacyś faceci też robią mu zdjęcia. Widać człowiek z błyskającą komórką nie spłoszyło go.
Byliśmy zaskoczeni spotkaniami z jeżami w takim wielkim mieście jak Warszawa, mimo, że całkiem blisko jest las, niedaleko park, a i dzielnica już dość odległa od centrum. Biorąc pod uwagę, że ostatnio spotykamy jeże z częstotliwością dwa razy na tydzień, a nawet raz na dwa dni mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś się uda wypatrzeć owadożercę z kolami. Chociaż może dlatego łatwiej je znaleźć, że dopiero co i nie całkiem do końca wybudziły się ze snu zimowego...
W ciągu ostatniego tygodnia dwukrotnie spacerowaliśmy z M. późnym wieczorem, po zmroku. Wtedy właśnie mieliśmy ciekawe spotkanie z jeżami. Były to dwa różne jeże, różnej wielkości i znalezione w całkiem różnych miejscach.
Pierwszego wypatrzyłam na trawniku wzdłuż ruchliwej ulicy, przy której stoi nasze osiedle, tyle, że po drugiej stronie tej ulicy niż nasze bloki. Podczas sesji zdjęciowej jeż trochę się skulił, schował i cofną. A kiedy się oddaliliśmy widać było czarny cień całkiem szybko przemykający przez trawnik w kierunku krzaków. Jakiś kwadrans później wróciliśmy w to miejsce, ale na rozległym trawniku już nie byliśmy w stanie wypatrzeć jeża.
Drugiego spotkaliśmy dwa dni później na tyłach naszego osiedla, po drugiej stronie kanałku, który płynie zaraz na parkanem, za płotem jednej z posesji po drugiej stronie tego kanałku. Ten albo był odważniejszy albo zdawał sobie sprawę, że parkan dobrze go chroni. Ze stoickim spokojem dał się uwiecznić na fotografii. Wydawał się mniejszy od tego poprzedniego. Kiedy niedługo później wracaliśmy ze spaceru tą samą drogą, widzieliśmy, że jacyś faceci też robią mu zdjęcia. Widać człowiek z błyskającą komórką nie spłoszyło go.
Byliśmy zaskoczeni spotkaniami z jeżami w takim wielkim mieście jak Warszawa, mimo, że całkiem blisko jest las, niedaleko park, a i dzielnica już dość odległa od centrum. Biorąc pod uwagę, że ostatnio spotykamy jeże z częstotliwością dwa razy na tydzień, a nawet raz na dwa dni mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś się uda wypatrzeć owadożercę z kolami. Chociaż może dlatego łatwiej je znaleźć, że dopiero co i nie całkiem do końca wybudziły się ze snu zimowego...
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Mijają chwile, zostaje pamiętnik ;)
Pamiętam jak czytałam "Anię z Zielonego Wzgórza" i tak zazdrościłam bohaterce książki i jej przyjaciołom, że ich życie jest takie ciekawe, że mają tyle przygód, że dokoła nich jest tyle wspaniałych miejsc. Szczególnie rzeka i jezioro, w których mogli się kąpać, pływać łódką i wpław tak mnie fascynowały, bo w mojej okolicy byłą tylko brudna Wisła, nad którą strach było iść bez obstawy kogoś starszego, a zamoczyć w niej można było co najwyżej stopy...
Potem zaczęłam pisać pamiętnik...
A za jakiś czas przeczytałam to co napisałam i bardzo się zdziwiłam. Okazało się bowiem, że jeśli ominiemy wydarzenia rutynowe (wstałam, zjadłam śniadanie, poszłam do szkoły, etc.), a zapiszemy to co się wydarzyło ciekawego (spotkałam X i razem zrobiłyśmy to i to, była taka zabawna sytuacja Y, pojechaliśmy w odwiedziny do Z, ktoś tam z kimś drugim mieli zabawną wymianę zdań...) to nagle nasze, zdawałoby się, zwyczajne życie nabiera kolorków!
Ostatnio nie mogłam sobie przypomnieć kiedy miało miejsce pewne wydarzenie. Zaczęłam wiec czytać swój pamiętnik sprzed 3 czy 4 lat, w nadziei, że znajdę jakieś przydatne informacje. Bardzo sympatyczna lektura! Akurat wtedy byliśmy z M. na dość jeszcze wczesnym etapie znajomości, wiec moje wzdychanie do niego i rozkminianie co z tego wyjdzie było przeurocze. Szczególnie, że teraz już wiem, że to love story zakończyło się happy end'em. Były też zapisane różne myśli, wydarzenia, wymiany zdań, o których już nie pamiętałam. Niektóre fragmenty czytałam nawet na głos, żeby również M. mógł się pocieszyć naszymi perypetiami.
Trochę szkoda, że już prawie rok nic nie piszę w pamiętniku. A to był taki wyjątkowy rok!
No i byśmy mieli tyle radości za 5-10-20 lat...
Potem zaczęłam pisać pamiętnik...
A za jakiś czas przeczytałam to co napisałam i bardzo się zdziwiłam. Okazało się bowiem, że jeśli ominiemy wydarzenia rutynowe (wstałam, zjadłam śniadanie, poszłam do szkoły, etc.), a zapiszemy to co się wydarzyło ciekawego (spotkałam X i razem zrobiłyśmy to i to, była taka zabawna sytuacja Y, pojechaliśmy w odwiedziny do Z, ktoś tam z kimś drugim mieli zabawną wymianę zdań...) to nagle nasze, zdawałoby się, zwyczajne życie nabiera kolorków!
Ostatnio nie mogłam sobie przypomnieć kiedy miało miejsce pewne wydarzenie. Zaczęłam wiec czytać swój pamiętnik sprzed 3 czy 4 lat, w nadziei, że znajdę jakieś przydatne informacje. Bardzo sympatyczna lektura! Akurat wtedy byliśmy z M. na dość jeszcze wczesnym etapie znajomości, wiec moje wzdychanie do niego i rozkminianie co z tego wyjdzie było przeurocze. Szczególnie, że teraz już wiem, że to love story zakończyło się happy end'em. Były też zapisane różne myśli, wydarzenia, wymiany zdań, o których już nie pamiętałam. Niektóre fragmenty czytałam nawet na głos, żeby również M. mógł się pocieszyć naszymi perypetiami.
Trochę szkoda, że już prawie rok nic nie piszę w pamiętniku. A to był taki wyjątkowy rok!
No i byśmy mieli tyle radości za 5-10-20 lat...
środa, 6 kwietnia 2016
Wszystkie bezy ze sklepu
Poszliśmy na spacer. A tak na prawdę do piekarni po pieczywo. Stoimy w kolejce. Zastanawiamy się co wybrać. I czy coś więcej niż tylko chleb.
- Może chcesz oponkę? - pytam M.
M. wyraźnie zadowolony potakuje.
- A co dla Ciebie? - pyta.
Rozglądam się po witrynie pełnej pyszności.
- Może... bezy!
- Ile?
- Hm... z 6...
Stoimy w kolejce, tak patrzę na te bezy i tam w sumie leży tylko 10 sztuk. To jak kupimy 6, to im zostaną zaledwie 4... A bezy przecież się nie zepsują. Więc jak nie zjemy dziś lub jutro, to najwyżej za kilka dni, albo za tydzień...
- A, weźmy wszystkie! - zadecydowałam.
Przyszła nasz kolej. M. kupił to co ustaliliśmy. Wychodzimy ze sklepu.
- No ładnie, kupiłaś wszystkie bezy ze sklepu. - podsumował mnie M., jakby tych bez było co najmniej z kilo...
wtorek, 5 kwietnia 2016
Trochę jak w Tajemniczym Ogrodzie
Państwo B. mieli mały ogródek. W każdym razie mały w porównaniu do naszego. Jednak to ich ogród zawsze mnie zachwycał: było w nim mnóstwo kwiatów, aż trudno było przejść między klombami, gdyż kwiaty wylewały się na wąskie ścieżki. Najbardziej podobały mi się peonie i clematisy.
Clematis mieliśmy tylko raz. Posadzony jednego roku - do drugiego już nie dotrwał. To nas zniechęciło. U państwa B. rosło ich kilka. Niektóre wspinały się po płocie, inne owijały się wzdłuż specjalnych kratek. Wszystkie miały okazałe kwiaty i wyglądały bardzo dostojnie.
Peonie były i w naszym ogrodzie, ale tylko jednego rodzaju i rok rocznie coraz bardziej zagłuszane przez inne rośliny. U państwa B. rosły dorodne, wielokolorowe, dominujące od samego początku ogrodu.
Clematis mieliśmy tylko raz. Posadzony jednego roku - do drugiego już nie dotrwał. To nas zniechęciło. U państwa B. rosło ich kilka. Niektóre wspinały się po płocie, inne owijały się wzdłuż specjalnych kratek. Wszystkie miały okazałe kwiaty i wyglądały bardzo dostojnie.
piątek, 1 kwietnia 2016
Czerwona papryka
M. powiedział, że jestem jak czerwona papryka.
Spytałam dlaczego.
Bo czasem w środku papryki jest druga, malutka...
Subskrybuj:
Posty (Atom)









