wtorek, 27 lutego 2018

Jak Mi. bawił się ze starszymi dziećmi w kościele

        Ostatnio w kościele Mi. popisał się bardzo pozytywnie. Byliśmy z rodzicami M. w ich parafii i zadeklarowali się, ze będą pilnować wnuka. Najpierw Mi. chodził wzdłuż ołtarza, trochę też próbował wspinać się po schodkach. Niebawem wypatrzył chłopca, może 6-7 letniego, który miał resoraka w ręku. Podszedł do niego i zaczął najpierw oglądać autko, potem kręcić kołkiem, w końcu wziął od niego samochodzik i poszedł bawić się nim samodzielnie. Chłopiec na szczęście nie zrobił awantury. 
        Przez dalsze z pół Mszy Św. Mi. chodził z resorakiem, oglądał go, kręcił kołkami, jeździł po ławkach i posadzce. Kiedy do nas podchodził mówiliśmy mu, że to zabawka chłopca i trzeba mu oddać, żeby nie był smutny. W końcu Mi. podszedł do chłopca i wyciągnął w jego kierunku rączkę z autem, a chłopiec zabrał swoją własność. Mi. wyglądał na trochę zdziwionego, ale przyjął to z godnością ;)
        Chwile potem dzieci zaczęły się sobą zajmować. Oprócz chłopca w kościele była też jego młodsza siostra i jeszcze drugi chłopiec. Wszyscy razem zaczęli interesować się zegarem stojącym w rogu kościoła. Najpierw starsze dzieci pokazywały Mi., że można wejść za zegar i zachęcały go do tego. Potem Mi. zaczął im pokazywać, że to oni maja wchodzić, a oni chętnie chowali się za zegarem. Bawili się tak całkiem długo, nikomu przy tym nie przeszkadzając.
        W którymś momencie Mi. podszedł do nas i żeby go przytrzymać na miejscu dałam mu miarkę (taką, z której wyciągał centymetr i chował guziczkiem). Chwile go to zatrzymało, a potem znow poleciał do dzieci. Miarka zrobiła furorę. Mi. siedział na schodku przed zachrystia i trzymał ja, a dzieci wyciągały centymetr ze środka. Potem dziewczynka zaczęła owijać swój różowy szalik wokół szyi Mi., następnie na oczach, wreszcie na buzi, a ten ze stoickim spokojem zciągał z siebie ten szalik. Za to mama dziewczynki była już zniecierpliwiona i zaczęła upominać córkę, ale nic to nie dało. W końcu Msza się skończyła, a my byliśmy całkiem szczęśliwi, że Mi. na tyle dobrze się zachowywał i nadmiernie innym nie przeszkadzał. Do tego dumni, że oddał sam ten samochodzik.
 
        Po zastanowieniu stwierdzam, że chyba jednak fajnie, że jeszcze nie gada. Potem będzie tylko większy strach co i jak głośno powie.

        Natomiast patrząc na te starsze dzieci trudno oprzeć się wrażeniu, że dużo prawdy jest w porzekadle: małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - duży kłopot!

wtorek, 20 lutego 2018

piątek, 16 lutego 2018

Mi. i nieznajomi

        Mi. uśmiecha się do obcych ludzi i często ich tym uśmiechem zaczepia. To już prawie norma, że w sklepie w kolejce do kasy ktoś nas zagaduje, najczęściej starsza pani, bo złapała kontakt wzrokowy z Mi. i nie mogła się oprzeć, żeby do niego nie zagadać. On co prawda nie odpowie, ale chętnie się uroczo uśmiechnie i dzięki temu szybciej mija czas w kolejce, wiec wszyscy są zadowoleni.
       Kilka dni temu zdarzyła nam się taka oto sytuacja: idziemy sobie na spacerze. Ja pcham wózek i trzymam drugą ręką za rączkę Mi., który dzielnie drepcze obok mnie. Nagle mijają nas starsi pan i pani. Pani łapie kontakt wzrokowy z Mi. i podaje mu rękę. Ten łapie ją za palec. Pani coś tam mówi do Mi., że śliczny chłopiec i proponuje mu, żeby z nią poszedł. Ja mocniej chwytam go za rękę. W samą porę, bo on mnie puszcza i zaczyna wyrywać się w stronę pani. W końcu pani chce już sobie pójść, ale Mi. wcale nie chce puścić jej palca. W końcu puszcza i państwo odchodzą.
      A ja zostaję z takimi myślami, że... poszedłby i nawet by się nie obejrzał. Niby mały, jeszcze nie rozumie. Ale tak zaufać pierwszej napotkanej osobie, która się do niego uśmiechnęła?!?

wtorek, 6 lutego 2018

W poszukiwaniu kubka

       Wczoraj mieliśmy drobny problem z położeniem Mi. spać /druga drzemka zakończyła się o... 18:30, my też zasnęliśmy, wiec nawet nie miał kto go obudzić ;P/. Skakał nam więc radośnie po całym mieszkaniu i wcale nie miał ochoty się położyć.
       Nagle zauważyłam, że nie ma kubka. Już wcześniej, przy pierwszej próbie położenia Mi. spać postawiłam go jak co wieczór na parapecie obok łóżka, żebym mogła mu w nocy zaproponować napicie się wody. A teraz go nie było. Zaczęłam go szukać: może Mi. wrzucił do szuflady łóżeczka, może gdzieś w kuchni lub w salonie... Zglądałam wszystkie pomieszczenia, wszystkie kąty, ale nie mogłam znaleźć rzeczonego kubka.
       W końcu M. mówi do Mi.:
       - Mi., gdzie jest kubek?
       Małemu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wbiegł do sypialni, wdrapał się za łóżko i zaczął pokazywać szczelinę między ścianą, a łóżkiem. M. zajrzał i wyjął kubek.
       ***
       Mi. ma skończony rok i 3 miesiące. Mówi tylko tata/dada, ale coraz częściej zaskakuje nas jak wiele rozumie!

poniedziałek, 5 lutego 2018

Słoiczki

Jedni je kochają, inni ich nienawidzą.
 
Jedni uważają, że to wygodne, drudzy, że to wygodnictwo. 
 
Jedni zachęcają do ich kupowania, inni grzmią: co to za matka, która karmi takim jedzeniem!
 
Jedni akcentują, że przechodzą przez surowe kontrole jakości, inni nakazują spróbować przed podaniem dziecku, albowiem podobno są całkiem bez smaku.
 
Budzą skrajne emocje. Są przyczyna kłótni między matkami, a także miedzy matkami i babciami.
 
Ilustracja z książki "Pucio uczy się mówić"
autor: Marta Galewska-Kustra
autor rysunków: Joanna Kłos

O czym mowa? O daniach gotowych dla niemowląt i maluchów.
 
        A jednak czasem słoiczki są wyjątkowo przydatne. Mam na myśli wszelkiej maści wyjazdy. 
Nie tylko wakacje w zagraniczne w pięknych, ale nie zawsze bezpiecznych pod względem czystości jedzenia i wody miejscach typu Egipt czy Turcja. Również odpoczynek nad polskim morzem dużo łatwiej zorganizować jeśli nie potrzebujesz martwić się o to czy w restauracji znajdziesz coś odpowiedniego dla dziecka i nie tracisz na gotowanie cennego czasu, który przecież ma być jakimś jednak odpoczynkiem. / Jak wiadomo odpoczynek z dzieckiem, to całkiem coś innego niż odpoczynek przed dzieckiem ;) /
        Co ciekawe bardzo polubiłam korzystanie ze słoików również podczas odwiedzin u rodziny czy znajomych. Niby każdy wie, że przyjeżdżam z Mi., ale nie każdy ma aktualną wiedzę jak niemowlęta czy małe dzieci powinno się żywić. Co więcej skąd ma wiedzieć czym go karmie, a jeszcze bardziej czego mu do tej pory nie dawałam lub nie daje wcale. Na początku w takiej sytuacji ambitnie brałam przygotowaną przez siebie zupkę dla Mi. a potem często mu jej nie dawałam, bo w międzyczasie nie chciał jeść z piersi /przecież tak ciekawie jest poza domem/, mi się robiło coś na kształt nawału i zależało mi, żeby opróżnił piersi. Po powrocie do domu nie miałam pewności czy danie się nie zepsuło, a jak zawierało jakieś mieso typu królik, to po prostu szkoda mi było, ze tak głupio się zmarnowało. Słoika bym po prostu nie otworzyła.
      Oczywiście wcześniej trzeba wypróbować czy i jakie dania gotowe dziecku smakują, żeby się nie okazało, że nie polubi żadnego ;) Takie próby robiłam przede wszystkim przed pierwszym wyjazdem. Teraz sprawdzam jak zasmakują różne dania w słoikach kiedy nie mam koncepcji/czasu/sił na gotowanie, kiedy w lodowce zostały same nędzne resztki, a dopiero jutro/później mamy czas na zakupy czy wtedy kiedy my jemy pizzę czy wyroby garmażeryjne.

       Nigdy nie próbowałam dań gotowych w słoikach, które podaję Mi., ale jemu generalnie wszystkie smakują, często bardziej niż przygotowane przeze mnie zupki. <smuteczek> Te przeznaczone dla dzieci powyżej 8 miesięcy zwykle pięknie pachną, wiec myślę, że w smaku nie mogą być zbyt papierowe.
 
       Jednej rzeczy w słoikach nie lubię - wiele z nich jest bardzo monotonnych. Co z tego, że jest cielęcina, z którą danie chciałam kupić, skoro warzywa to marchew, ziemniak i koniec. Większą różnorodność warzyw można znaleźć on-line i dlatego zdarzało mi się kupować słoiczki w aptece internetowej.
 
       Deserków w słoiczkach nie kupuję - Mi. je po prostu owoce, ewentualnie z kaszą lub jogurtem. Ale jak ktoś koniecznie musi podawać tę brzoskwinie przez całą zimę i woli otworzyć słoik niż pokroić banana czy jabłko, to niech tak robi - mi nic do tego, dziecku krzywda się nie stanie.
       Ostatnio testujemy mieszanki owocowo-zbożowe w saszetkach. Liczę na to, że przydadzą się na spacerach jako przekąska jeśli nie wrócimy wystarczająco szybko na coś konkretniejszego.
 
      Jednym zdaniem: wszystko jest dla ludzi. Jednocześnie każdy rodzić jest inny i każde dziecko jest inne i jeśli rodzic dogada się ze swoim dzieckiem w sprawie chociażby tego co dziś na obiad, żeby wszyscy byli zadowoleni i mieli pełne brzuchy, można to nazwać sukcesem i postronnym nic do tego.
 
      ***
      Natomiast przedziwnym tworem są dla mnie jogurty dla dzieci, które mają ważność... kilka miesięcy. Czemu dla dorosłych jogurt ma przydatność do spożycia 2, maksymalnie 3 tygodnie, a dla niemowlęcia kilka razy dłużej? I co do niego dodano, żeby tę przydatność uzyskać - nawet nie chcę wiedzieć. I dlatego królują u nas jogurty naturalne i greckie: mleko i kultury bakterii, bez cukru, zagęszczaczy i konserwantów.