Ostatnio w kościele Mi. popisał się bardzo pozytywnie.
Byliśmy z rodzicami M. w ich parafii i zadeklarowali się, ze będą
pilnować wnuka. Najpierw Mi. chodził wzdłuż
ołtarza, trochę też próbował wspinać się po schodkach. Niebawem
wypatrzył chłopca, może 6-7 letniego, który miał resoraka w ręku.
Podszedł do niego i zaczął najpierw oglądać autko, potem kręcić kołkiem,
w końcu wziął od niego samochodzik i poszedł bawić się nim
samodzielnie. Chłopiec na szczęście nie zrobił awantury.
Przez
dalsze z pół Mszy Św. Mi. chodził z resorakiem, oglądał go, kręcił
kołkami, jeździł po ławkach i posadzce. Kiedy do nas podchodził
mówiliśmy mu, że to zabawka chłopca i trzeba mu oddać, żeby nie był
smutny. W końcu Mi. podszedł do chłopca i wyciągnął
w jego kierunku rączkę z autem, a chłopiec zabrał swoją własność. Mi.
wyglądał na trochę zdziwionego, ale przyjął to z godnością ;)
Chwile
potem dzieci zaczęły się sobą zajmować. Oprócz chłopca w kościele była też jego młodsza siostra i jeszcze drugi chłopiec. Wszyscy razem zaczęli
interesować się zegarem stojącym w rogu kościoła. Najpierw starsze
dzieci pokazywały Mi., że można wejść za zegar i zachęcały go do tego.
Potem Mi. zaczął im pokazywać, że to oni maja wchodzić, a oni chętnie
chowali się za zegarem. Bawili się tak całkiem długo, nikomu przy tym nie
przeszkadzając.
W którymś momencie Mi. podszedł do
nas i żeby go przytrzymać na miejscu dałam mu miarkę (taką, z której
wyciągał centymetr i chował guziczkiem). Chwile go to zatrzymało, a
potem znow poleciał do dzieci. Miarka zrobiła
furorę. Mi. siedział na schodku przed zachrystia i trzymał ja, a dzieci
wyciągały centymetr ze środka. Potem dziewczynka zaczęła owijać swój
różowy szalik wokół szyi Mi., następnie na oczach, wreszcie na buzi, a ten ze
stoickim spokojem zciągał z siebie ten szalik. Za to mama dziewczynki była już zniecierpliwiona i
zaczęła upominać córkę, ale nic to nie dało. W końcu Msza się skończyła, a
my byliśmy całkiem szczęśliwi, że Mi. na tyle dobrze się zachowywał i
nadmiernie innym nie przeszkadzał. Do tego dumni, że oddał sam ten
samochodzik.
Po zastanowieniu stwierdzam, że chyba jednak fajnie, że jeszcze nie gada. Potem będzie tylko większy strach co i jak głośno powie.
Natomiast
patrząc na te starsze dzieci trudno oprzeć się wrażeniu, że dużo prawdy
jest w porzekadle: małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - duży kłopot!





