Wydarzenie miało miejsce na imprezie rodzinnej.
- Wnusiu, co to jest? - spytał mój tata mojej siostrzenicy, pokazując jej gryzak w kształcie autka.
- Żabka - odpowiedziała 2,5 latka.
Dziadek zaśmiał się pod nosem i zaczął jej tłumaczyć, że to autko: tu ma koła, tu okno... My też podśmiewaliśmy się pod nosem.
Następnego dnia razem z M. znów spojrzeliśmy na gryzak-autko. Odwróciliśmy do góry nogami... i...
...zobaczyliśmy żabkę! Głowę żabki! Kołka zamieniły się w oczy, okienko - w otwartą buzię. A my, stare zgredki, dnia poprzedniego wyśmialiśmy młodą! Po czasie się okazało kto jest mistrzem kreatywności! <3
***
Nie zawsze chce nam się spojrzeć z perspektywy dziecka. Czy szerzej: z perspektywy drugiej osoby. Zamiast tego tłamsimy kreatywność w tej drugiej osobie. Często w jakiś sposób zależnej od nas, a nawet takiej, której postrzeganie świata kształtujemy - tak jak w powyższej anegdocie.
Przypomina mi to mem o edukacji.
poniedziałek, 13 marca 2017
czwartek, 9 marca 2017
Gdzie jest Twoje Westerplatte?
W ostatnią niedzielę w czasie kazania ksiądz opowiedział pewną historię, która wydarzyła się w Auschwitz: W Wigilię Bożego Narodzenia jeden z więźniów został wezwany do mieszkania komendanta. Komendant opychał się świątecznymi smakołykami na oczach głodnego więźnia. Potem poinformował go, że ciasta są z paczki, którą jego żona wysłała dla niego. Na koniec zaproponował, że jeśli wyrzeknie się Boga - będzie mógł zjeść razem z nim.
Dla więźnia samo wezwanie do komendanta musiało być bardzo niepokojące i powodować olbrzymi starach, a widok i zapach potraw był niezwykle kuszący. Świadomość, że jego rodzina odejmuje sobie od ust, aby wysłać mu paczkę, z której on nie skorzysta była również bolesna w sposób, jak trudno nam sobie dziś wyobrazić. Jednak nie wyrzekł się Boga.
Po wojnie odnalazł komendanta. Pojechał do niego z ciastem swojej żony. Jak przypomniał mu tę "opowieść wigilijną" były komendant w widoczny sposób przestraszył się, że były więzień przyjechał zemścić się i zaczął błagać o przebaczenie. Jednak ten przebaczył już wcześnie, a przyjechał po to, aby przy kawie zjeść wspólnie ciasto upieczone przez jego żonę.
Jest wiele takich historii. Szczególnie z okresu wojny, ale nie tylko. Zawsze wtedy zastanawiam się co bym zrobiła w tej sytuacji. Czy Bóg byłby dla mnie ważniejszy niż zaspokojenie głodu i innych potrzeb i pragnień, niż własne życie. Nie znam odpowiedzi na te pytania. Myślę, że nie da się dowiedzieć tego inaczej niż będąc w sytuacji skrajnej. Jednak takiej sytuacji ani sobie ani nikomu innemu nie życzę.
To problem bardzo aktualny również dziś - w naszych codziennych wyborach. Może nie są one tak ekstremalne, jednak całościowo wyznaczają kierunek w naszym życiu. Jaki kierunek chcesz aby obrało Twoje życie?
Minęło ponad 70 lat od zakończenia wojny, Polska od prawie 30 lat jest wolna. A w nas gaśnie, u niektórych już całkiem zgasł ogień wiary, nadziei i miłości. Wygodnie nam w naszych ciepłych domach, przed monitorami, które zagłusza refleksję nad sensem życia. Trudno podjąć życiowe decyzje. Trudno usamodzielnić się. Coraz trudniej. Chcemy żyć przyjemnie i jeszcze bardziej przyjemnie. Zapominamy, że nie da się mieć tylko dobrej passy, że trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny.
I cały czas brzmi i przywołuje do pionu nasz kręgosłup moralny to co powiedział Jan Paweł II 12 czerwca 1987 roku w Gdańsku: "Każdy z Was, młodzi Przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować. Wreszcie, jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte. Utrzymać i obronić, w sobie i wokół siebie, obronić dla siebie i dla innych".
Dla więźnia samo wezwanie do komendanta musiało być bardzo niepokojące i powodować olbrzymi starach, a widok i zapach potraw był niezwykle kuszący. Świadomość, że jego rodzina odejmuje sobie od ust, aby wysłać mu paczkę, z której on nie skorzysta była również bolesna w sposób, jak trudno nam sobie dziś wyobrazić. Jednak nie wyrzekł się Boga.
Po wojnie odnalazł komendanta. Pojechał do niego z ciastem swojej żony. Jak przypomniał mu tę "opowieść wigilijną" były komendant w widoczny sposób przestraszył się, że były więzień przyjechał zemścić się i zaczął błagać o przebaczenie. Jednak ten przebaczył już wcześnie, a przyjechał po to, aby przy kawie zjeść wspólnie ciasto upieczone przez jego żonę.
Jest wiele takich historii. Szczególnie z okresu wojny, ale nie tylko. Zawsze wtedy zastanawiam się co bym zrobiła w tej sytuacji. Czy Bóg byłby dla mnie ważniejszy niż zaspokojenie głodu i innych potrzeb i pragnień, niż własne życie. Nie znam odpowiedzi na te pytania. Myślę, że nie da się dowiedzieć tego inaczej niż będąc w sytuacji skrajnej. Jednak takiej sytuacji ani sobie ani nikomu innemu nie życzę.
To problem bardzo aktualny również dziś - w naszych codziennych wyborach. Może nie są one tak ekstremalne, jednak całościowo wyznaczają kierunek w naszym życiu. Jaki kierunek chcesz aby obrało Twoje życie?
Minęło ponad 70 lat od zakończenia wojny, Polska od prawie 30 lat jest wolna. A w nas gaśnie, u niektórych już całkiem zgasł ogień wiary, nadziei i miłości. Wygodnie nam w naszych ciepłych domach, przed monitorami, które zagłusza refleksję nad sensem życia. Trudno podjąć życiowe decyzje. Trudno usamodzielnić się. Coraz trudniej. Chcemy żyć przyjemnie i jeszcze bardziej przyjemnie. Zapominamy, że nie da się mieć tylko dobrej passy, że trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny.
I cały czas brzmi i przywołuje do pionu nasz kręgosłup moralny to co powiedział Jan Paweł II 12 czerwca 1987 roku w Gdańsku: "Każdy z Was, młodzi Przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować. Wreszcie, jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte. Utrzymać i obronić, w sobie i wokół siebie, obronić dla siebie i dla innych".
sobota, 4 marca 2017
Uczucia ambiwalentne
Poznaliśmy się na nartach. Nie długo po tym jak spotkaliśmy się po raz pierwszy doszliśmy do wniosku, że bardzo wiele nas łączy. Mieliśmy podobne spojrzenie na świat, lubiliśmy podobne rzeczy, podobne jedzenie, było wiele sposobów spędzanie czasu, które obojgu nam sprawiały frajdę. Mieliśmy przeświadczenie, że jesteśmy do siebie podobni. Nawet nasze imiona mają to samo znaczenie. Staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi. Spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu. Nikt więcej nie był nam potrzebny. Nikt nigdy dla mnie nie był dla mnie tak ważny jak on, ani nikt dla niego tak ważny jak ja.. Ot... zakochanie...
Nadeszły miesiące, potem lata wielkiej radości z bycia razem. Długich rozmów, wspólnych wyjazdów, wspólnego planowania przyszłości. Oczywiście mieliśmy też zainteresowania, których nie dzieliliśmy np. ja uwielbiam śpiewać, a on zupełnie nie ma ani głosu ani słuchu. Ale przecież to normalne, już tak całkiem wszystkiego robić razem się nie da.
Potem ślub, radość ze wspólnego zamieszkania, staranie o dziecko, ciąża, narodziny naszego bobasa. Wiele osób uważa, że ślub jest końcem miłości, ale nasza miłość kwitła, a ślub był bramą, przez którą weszliśmy do wspólnego życia. Wiele osób mówi, że pojawienie się młodego człowieka w rodzinie powoduje tak wielkie zmiany, że jest to nie lada próba dla związku. Nie przygniotła mnie ani jego opieka nad niemowlęciem - na razie leci młodemu dopiero 5. miesiąc, wiec może nie ma co mówić hop... ale jednak mogło się coś popsuć, a się nie popsuło. Nadal najważniejszą osobą w moim życiu jest mój Mąż. Uwielbiamy wspólne posiłki i spacery. Uwielbiamy żartować i droczyć się. Nadal świetnie się bawimy spędzając ze sobą czas, chociaż na razie narty pożyczyłam siostrze, bo w tym roku na pewno się nie przydadzą i mam wątpliwości czy za rok to się zmieni. Oboje jesteśmy szczęśliwi, przekonani, że do siebie pasujemy i dobrze, że wybraliśmy siebie nawzajem. Czasem zastanawiamy się z pewnym przestrachem co by było, gdybyśmy się nie spotkali.
A jednak zmieniło się. Mój Mąż zaczął ostatnio mieć nowe zainteresowania. Razem z chłopakami z pracy organizują różne sportowe wyjścia: a to piłka nożna, a to squash, a dziś strzelnica. W ten sposób spędzam sama zwykle 1 lub 2 wieczory w tygodniu. Wprawdzie zawsze się mnie pyta czy może pójść, ja zawsze wyrażam zgodę. To przecież fajne, że wspólnie uprawiają sport. Jednak on wychodzi, a mi smutno, że znów zostaję sama. No ok, nie sama, tylko z 4,5-miesięcznym niemowlakiem. Ale ileż można gadać do dziecka, które w najlepszym razie się uśmiecha, a nawet rechocze, jednak nie zastąpi towarzystwa dorosłego człowieka. On wychodzi, a mi przykro, że znów będę spędzać wieczór w pustym mieszkaniu.
Wiem, że to nie koniec świata. Wiem, że w sumie nie mam na co narzekać. Ułożyłam do snu naszego wspaniałego dzidziusia. Mam kochającego Męża, którego również bardzo kocham. I nawet jeśli potrzebuję się teraz przytulić i chwilowo nie mam do kogo, to przecież wiem, że on za godzinę czy dwie wróci i wtedy z chęcią mnie przytuli opowiadając jak fajnie było na tej strzelnicy.
Kończę i idę robić ciasto, na które ochotę zgłosił dziś mój Mąż.
Nadeszły miesiące, potem lata wielkiej radości z bycia razem. Długich rozmów, wspólnych wyjazdów, wspólnego planowania przyszłości. Oczywiście mieliśmy też zainteresowania, których nie dzieliliśmy np. ja uwielbiam śpiewać, a on zupełnie nie ma ani głosu ani słuchu. Ale przecież to normalne, już tak całkiem wszystkiego robić razem się nie da.
Potem ślub, radość ze wspólnego zamieszkania, staranie o dziecko, ciąża, narodziny naszego bobasa. Wiele osób uważa, że ślub jest końcem miłości, ale nasza miłość kwitła, a ślub był bramą, przez którą weszliśmy do wspólnego życia. Wiele osób mówi, że pojawienie się młodego człowieka w rodzinie powoduje tak wielkie zmiany, że jest to nie lada próba dla związku. Nie przygniotła mnie ani jego opieka nad niemowlęciem - na razie leci młodemu dopiero 5. miesiąc, wiec może nie ma co mówić hop... ale jednak mogło się coś popsuć, a się nie popsuło. Nadal najważniejszą osobą w moim życiu jest mój Mąż. Uwielbiamy wspólne posiłki i spacery. Uwielbiamy żartować i droczyć się. Nadal świetnie się bawimy spędzając ze sobą czas, chociaż na razie narty pożyczyłam siostrze, bo w tym roku na pewno się nie przydadzą i mam wątpliwości czy za rok to się zmieni. Oboje jesteśmy szczęśliwi, przekonani, że do siebie pasujemy i dobrze, że wybraliśmy siebie nawzajem. Czasem zastanawiamy się z pewnym przestrachem co by było, gdybyśmy się nie spotkali.
A jednak zmieniło się. Mój Mąż zaczął ostatnio mieć nowe zainteresowania. Razem z chłopakami z pracy organizują różne sportowe wyjścia: a to piłka nożna, a to squash, a dziś strzelnica. W ten sposób spędzam sama zwykle 1 lub 2 wieczory w tygodniu. Wprawdzie zawsze się mnie pyta czy może pójść, ja zawsze wyrażam zgodę. To przecież fajne, że wspólnie uprawiają sport. Jednak on wychodzi, a mi smutno, że znów zostaję sama. No ok, nie sama, tylko z 4,5-miesięcznym niemowlakiem. Ale ileż można gadać do dziecka, które w najlepszym razie się uśmiecha, a nawet rechocze, jednak nie zastąpi towarzystwa dorosłego człowieka. On wychodzi, a mi przykro, że znów będę spędzać wieczór w pustym mieszkaniu.
Wiem, że to nie koniec świata. Wiem, że w sumie nie mam na co narzekać. Ułożyłam do snu naszego wspaniałego dzidziusia. Mam kochającego Męża, którego również bardzo kocham. I nawet jeśli potrzebuję się teraz przytulić i chwilowo nie mam do kogo, to przecież wiem, że on za godzinę czy dwie wróci i wtedy z chęcią mnie przytuli opowiadając jak fajnie było na tej strzelnicy.
Kończę i idę robić ciasto, na które ochotę zgłosił dziś mój Mąż.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




