sobota, 4 marca 2017

Uczucia ambiwalentne

        Poznaliśmy się na nartach. Nie długo po tym jak spotkaliśmy się po raz pierwszy doszliśmy do wniosku, że bardzo wiele nas łączy. Mieliśmy podobne spojrzenie na świat, lubiliśmy podobne rzeczy, podobne jedzenie, było wiele sposobów spędzanie czasu, które obojgu nam sprawiały frajdę. Mieliśmy przeświadczenie, że jesteśmy do siebie podobni. Nawet nasze imiona mają to samo znaczenie. Staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi. Spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu. Nikt więcej nie był nam potrzebny. Nikt nigdy dla mnie nie był dla mnie tak ważny jak on, ani nikt dla niego tak ważny jak ja.. Ot... zakochanie...
        Nadeszły miesiące, potem lata wielkiej radości z bycia razem. Długich rozmów, wspólnych wyjazdów, wspólnego planowania przyszłości. Oczywiście mieliśmy też zainteresowania, których nie dzieliliśmy np. ja uwielbiam śpiewać, a on zupełnie nie ma ani głosu ani słuchu. Ale przecież to normalne, już tak całkiem wszystkiego robić razem się nie da.
        Potem ślub, radość ze wspólnego zamieszkania, staranie o dziecko, ciąża, narodziny naszego bobasa. Wiele osób uważa, że ślub jest końcem miłości, ale nasza miłość kwitła, a ślub był bramą, przez którą weszliśmy do wspólnego życia. Wiele osób mówi, że pojawienie się młodego człowieka w rodzinie powoduje tak wielkie zmiany, że jest to nie lada próba dla związku. Nie przygniotła mnie ani jego opieka nad niemowlęciem - na razie leci młodemu dopiero 5. miesiąc, wiec może nie ma co mówić hop... ale jednak mogło się coś popsuć, a się nie popsuło. Nadal najważniejszą osobą w moim życiu jest mój Mąż. Uwielbiamy wspólne posiłki i spacery. Uwielbiamy żartować i droczyć się. Nadal świetnie się bawimy spędzając ze sobą czas, chociaż na razie narty pożyczyłam siostrze, bo w tym roku na pewno się nie przydadzą i mam wątpliwości czy za rok to się zmieni. Oboje jesteśmy szczęśliwi, przekonani, że do siebie pasujemy i dobrze, że wybraliśmy siebie nawzajem. Czasem zastanawiamy się z pewnym przestrachem co by było, gdybyśmy się nie spotkali.
        A jednak zmieniło się. Mój Mąż zaczął ostatnio mieć nowe zainteresowania. Razem z chłopakami z pracy organizują różne sportowe wyjścia: a to piłka nożna, a to squash, a dziś strzelnica. W ten sposób spędzam sama zwykle 1 lub 2 wieczory w tygodniu. Wprawdzie zawsze się mnie pyta czy może pójść, ja zawsze wyrażam zgodę. To przecież fajne, że wspólnie uprawiają sport. Jednak on wychodzi, a mi smutno, że znów zostaję sama. No ok, nie sama, tylko z 4,5-miesięcznym niemowlakiem. Ale ileż można gadać do dziecka, które w najlepszym razie się uśmiecha, a nawet rechocze, jednak nie zastąpi towarzystwa dorosłego człowieka. On wychodzi, a mi przykro, że znów będę spędzać wieczór w pustym mieszkaniu.
        Wiem, że to nie koniec świata. Wiem, że w sumie nie mam na co narzekać. Ułożyłam do snu naszego wspaniałego dzidziusia. Mam kochającego Męża, którego również bardzo kocham. I nawet jeśli potrzebuję się teraz przytulić i chwilowo nie mam do kogo, to przecież wiem, że on za godzinę czy dwie wróci i wtedy z chęcią mnie przytuli opowiadając jak fajnie było na tej strzelnicy.
        Kończę i idę robić ciasto, na które ochotę zgłosił dziś mój Mąż.
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz