Zaczęłam więcej wychodzić. Motywuje mnie Paulina P., która ostatnio wprowadza nowy tryb życia zarówno dietetycznie jak i w zakresie regularnego wysiłku fizycznego. Wprawdzie trochę nie chce mi się samej, wiec zwykle czekam na towarzystwo: najczęściej spaceruję z M., ale zdarza się, że z koleżankami, innym razem idę po coś - np. do piekarni (wtedy zawsze mam taki dyskomfort, że cały spacer jest wzdłuż ulicy, a poza tym jak już się wybrałam to wolałabym spacerować nieco dłużej niż 15 minut).
W ciągu ostatniego tygodnia dwukrotnie spacerowaliśmy z M. późnym wieczorem, po zmroku. Wtedy właśnie mieliśmy ciekawe spotkanie z jeżami. Były to dwa różne jeże, różnej wielkości i znalezione w całkiem różnych miejscach.
Pierwszego wypatrzyłam na trawniku wzdłuż ruchliwej ulicy, przy której stoi nasze osiedle, tyle, że po drugiej stronie tej ulicy niż nasze bloki. Podczas sesji zdjęciowej jeż trochę się skulił, schował i cofną. A kiedy się oddaliliśmy widać było czarny cień całkiem szybko przemykający przez trawnik w kierunku krzaków. Jakiś kwadrans później wróciliśmy w to miejsce, ale na rozległym trawniku już nie byliśmy w stanie wypatrzeć jeża.
Drugiego spotkaliśmy dwa dni później na tyłach naszego osiedla, po drugiej stronie kanałku, który płynie zaraz na parkanem, za płotem jednej z posesji po drugiej stronie tego kanałku. Ten albo był odważniejszy albo zdawał sobie sprawę, że parkan dobrze go chroni. Ze stoickim spokojem dał się uwiecznić na fotografii. Wydawał się mniejszy od tego poprzedniego. Kiedy niedługo później wracaliśmy ze spaceru tą samą drogą, widzieliśmy, że jacyś faceci też robią mu zdjęcia. Widać człowiek z błyskającą komórką nie spłoszyło go.
Byliśmy zaskoczeni spotkaniami z jeżami w takim wielkim mieście jak Warszawa, mimo, że całkiem blisko jest las, niedaleko park, a i dzielnica już dość odległa od centrum. Biorąc pod uwagę, że ostatnio spotykamy jeże z częstotliwością dwa razy na tydzień, a nawet raz na dwa dni mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś się uda wypatrzeć owadożercę z kolami. Chociaż może dlatego łatwiej je znaleźć, że dopiero co i nie całkiem do końca wybudziły się ze snu zimowego...
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Mijają chwile, zostaje pamiętnik ;)
Pamiętam jak czytałam "Anię z Zielonego Wzgórza" i tak zazdrościłam bohaterce książki i jej przyjaciołom, że ich życie jest takie ciekawe, że mają tyle przygód, że dokoła nich jest tyle wspaniałych miejsc. Szczególnie rzeka i jezioro, w których mogli się kąpać, pływać łódką i wpław tak mnie fascynowały, bo w mojej okolicy byłą tylko brudna Wisła, nad którą strach było iść bez obstawy kogoś starszego, a zamoczyć w niej można było co najwyżej stopy...
Potem zaczęłam pisać pamiętnik...
A za jakiś czas przeczytałam to co napisałam i bardzo się zdziwiłam. Okazało się bowiem, że jeśli ominiemy wydarzenia rutynowe (wstałam, zjadłam śniadanie, poszłam do szkoły, etc.), a zapiszemy to co się wydarzyło ciekawego (spotkałam X i razem zrobiłyśmy to i to, była taka zabawna sytuacja Y, pojechaliśmy w odwiedziny do Z, ktoś tam z kimś drugim mieli zabawną wymianę zdań...) to nagle nasze, zdawałoby się, zwyczajne życie nabiera kolorków!
Ostatnio nie mogłam sobie przypomnieć kiedy miało miejsce pewne wydarzenie. Zaczęłam wiec czytać swój pamiętnik sprzed 3 czy 4 lat, w nadziei, że znajdę jakieś przydatne informacje. Bardzo sympatyczna lektura! Akurat wtedy byliśmy z M. na dość jeszcze wczesnym etapie znajomości, wiec moje wzdychanie do niego i rozkminianie co z tego wyjdzie było przeurocze. Szczególnie, że teraz już wiem, że to love story zakończyło się happy end'em. Były też zapisane różne myśli, wydarzenia, wymiany zdań, o których już nie pamiętałam. Niektóre fragmenty czytałam nawet na głos, żeby również M. mógł się pocieszyć naszymi perypetiami.
Trochę szkoda, że już prawie rok nic nie piszę w pamiętniku. A to był taki wyjątkowy rok!
No i byśmy mieli tyle radości za 5-10-20 lat...
Potem zaczęłam pisać pamiętnik...
A za jakiś czas przeczytałam to co napisałam i bardzo się zdziwiłam. Okazało się bowiem, że jeśli ominiemy wydarzenia rutynowe (wstałam, zjadłam śniadanie, poszłam do szkoły, etc.), a zapiszemy to co się wydarzyło ciekawego (spotkałam X i razem zrobiłyśmy to i to, była taka zabawna sytuacja Y, pojechaliśmy w odwiedziny do Z, ktoś tam z kimś drugim mieli zabawną wymianę zdań...) to nagle nasze, zdawałoby się, zwyczajne życie nabiera kolorków!
Ostatnio nie mogłam sobie przypomnieć kiedy miało miejsce pewne wydarzenie. Zaczęłam wiec czytać swój pamiętnik sprzed 3 czy 4 lat, w nadziei, że znajdę jakieś przydatne informacje. Bardzo sympatyczna lektura! Akurat wtedy byliśmy z M. na dość jeszcze wczesnym etapie znajomości, wiec moje wzdychanie do niego i rozkminianie co z tego wyjdzie było przeurocze. Szczególnie, że teraz już wiem, że to love story zakończyło się happy end'em. Były też zapisane różne myśli, wydarzenia, wymiany zdań, o których już nie pamiętałam. Niektóre fragmenty czytałam nawet na głos, żeby również M. mógł się pocieszyć naszymi perypetiami.
Trochę szkoda, że już prawie rok nic nie piszę w pamiętniku. A to był taki wyjątkowy rok!
No i byśmy mieli tyle radości za 5-10-20 lat...
środa, 6 kwietnia 2016
Wszystkie bezy ze sklepu
Poszliśmy na spacer. A tak na prawdę do piekarni po pieczywo. Stoimy w kolejce. Zastanawiamy się co wybrać. I czy coś więcej niż tylko chleb.
- Może chcesz oponkę? - pytam M.
M. wyraźnie zadowolony potakuje.
- A co dla Ciebie? - pyta.
Rozglądam się po witrynie pełnej pyszności.
- Może... bezy!
- Ile?
- Hm... z 6...
Stoimy w kolejce, tak patrzę na te bezy i tam w sumie leży tylko 10 sztuk. To jak kupimy 6, to im zostaną zaledwie 4... A bezy przecież się nie zepsują. Więc jak nie zjemy dziś lub jutro, to najwyżej za kilka dni, albo za tydzień...
- A, weźmy wszystkie! - zadecydowałam.
Przyszła nasz kolej. M. kupił to co ustaliliśmy. Wychodzimy ze sklepu.
- No ładnie, kupiłaś wszystkie bezy ze sklepu. - podsumował mnie M., jakby tych bez było co najmniej z kilo...
wtorek, 5 kwietnia 2016
Trochę jak w Tajemniczym Ogrodzie
Państwo B. mieli mały ogródek. W każdym razie mały w porównaniu do naszego. Jednak to ich ogród zawsze mnie zachwycał: było w nim mnóstwo kwiatów, aż trudno było przejść między klombami, gdyż kwiaty wylewały się na wąskie ścieżki. Najbardziej podobały mi się peonie i clematisy.
Clematis mieliśmy tylko raz. Posadzony jednego roku - do drugiego już nie dotrwał. To nas zniechęciło. U państwa B. rosło ich kilka. Niektóre wspinały się po płocie, inne owijały się wzdłuż specjalnych kratek. Wszystkie miały okazałe kwiaty i wyglądały bardzo dostojnie.
Peonie były i w naszym ogrodzie, ale tylko jednego rodzaju i rok rocznie coraz bardziej zagłuszane przez inne rośliny. U państwa B. rosły dorodne, wielokolorowe, dominujące od samego początku ogrodu.
Clematis mieliśmy tylko raz. Posadzony jednego roku - do drugiego już nie dotrwał. To nas zniechęciło. U państwa B. rosło ich kilka. Niektóre wspinały się po płocie, inne owijały się wzdłuż specjalnych kratek. Wszystkie miały okazałe kwiaty i wyglądały bardzo dostojnie.
piątek, 1 kwietnia 2016
Czerwona papryka
M. powiedział, że jestem jak czerwona papryka.
Spytałam dlaczego.
Bo czasem w środku papryki jest druga, malutka...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




