Sytuacja z dziś. Chłopcy siedzą w wannie. Mikołaj wola:
- Mamo!
- Chcesz cycusia- pyta zdziwiony Grześ.
- Nie.
- To po co wołasz mamę?
Sytuacja z dziś. Chłopcy siedzą w wannie. Mikołaj wola:
- Mamo!
- Chcesz cycusia- pyta zdziwiony Grześ.
- Nie.
- To po co wołasz mamę?
Dziś chłopak urządzili urodziny zabawek. I śpiewają:
- Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam. a kto? Koparka torowa!
***
A potem zrobili pogrzeb. Umarła mama konduktora ( ludzika z zestawu z torami). Położyli ją na katafalku i Mikołaj odmawiał "Ojcze nasz".
Niestety nie widziałam na własne oczy, bo karmiłam Agatkę. Tylko Mateusz mi opowiadał.
Nieco później Mikołaj przyniósł 2 ludziki i powiedział, że umarli dziadkowie.
Mateusz:
- Dzieci, jak wy mnie męczycie...
Mikołaj:
- Jak takie urodziliście, to takie macie!
Komentarz Babci Agi:
- Słuszna uwaga. 😂😂😂
Przyszedł do mnie Grześ z misiem i mówi:
- Boli ręka bardzo.
- Jak ma na imię dzidziuś? - pytam.
- Agata.
Zaproponowałam temblak, ale kiedy szukałam odpowiedniej chustki trójkątnej, Grześ wyleczył misia za pomocą okładu z chustki do nosa.
Potem jeszcze misia bolała noga i głowa. Chustki do nosa działają cuda😛
Za kilka chwil przybiega Mikołaj i mówi:
- Mamo, Agata zjadła. cycusia. Zapisałem ci.
Patrzę w zeszyt - jest odpowiednia, adnotacja szlaczkiem.
- Mikołaj jak ma na imię wasz dzidziuś?
- Agatka.
Na to odzywa się Grześ:
- Agatka Putelnik.
Zaproponowałam, ze zrobie im rodzinne zdjęcie.
Grześ kąpie się w wannie, Agatka w wanience. Agatka się kręci, trochę wody nachlapało na Grzesia.
- Nie fajnie. Nie fajnie, Agato - skomentował z wyrzutem Grześ.
Próbujemy wyszykować chłopaków do przedszkola. Mikołaj już częściowo ubrany. Grześ jeszcze leży w łóżku. Mateusz idzie do kuchni i mówi.
- O! Śniegu... nie ma...
Chłopaki poderwali się. Mikołaj biegnie do kuchni. Grześ przewraca zabawki i krzyczy:
- Jopata, jopata!!!
(czyt: łopata)
Ja:
- Mikołaj, tata się kąpie. Nie chcesz wykąpać się z nim?
- Nie, to jest wanna jednoosobowa.
Ja:
- Co to za dziura w ścianie?
Mikołaj:
- Ja musiałem skuć, żeby zobaczyć jak głęboko jest warstwa pod ścianą.
Źle pokroiłam jabłko (i nie chciałam wziąć kolejnego i pokroić go według instrukcji Mikołaja), wiec Mikołaj wyznaczył mi karę. Poszłam, w ramach kary, do łóżka.
Wieczorem Mikołaj chce, żeby mu poczytać. Odsyłam go do taty, bo przecież mam karę.
- Nie byłaś aż taka zła, możesz już skończyć karę.
Mikołaj:
- Jestem nieszczęśliwy.
Ja:
- Co się stało?
- Ktoś mi wyniósł książki z pokoju i muszę po nie pójść.
***
Mikołaj:
- Ten ludzik ma dziś urodziny i będzie potrzebny cukierek.
Ja:
- Ale chyba dopiero po śniadaniu?
Mikołaj się chwilę zastanawia:
- Tak...
Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! A kto? Badacz świata!
M. opowiedział chłopcom bajkę na dobranoc.
Bajka była o tym jak maszynista rozpoczyna pracę, wsiada do lokomotywy, załącza ją i jedzie po ładunek. Potem dochodzi do usterki i tata M. z wujkiem B. jadą diagnozować lokomotywę, a potem ją naprawiają. Każde działanie na lokomotywie opisane bardzo szczegółowo.
Jak bajka się skończyła - nie wiem, bo poszłam się myć, a kiedy wróciłam wszyscy już spali.
Mi. dostał na urodziny zestaw do wykopalisk, w którym z gipsowej bryły odkopuje się szkielety dinozaurów. Siedzą we dwóch i grzebią dłutkiem i pędzelkiem w tym gipsie. Dookoła mnóstwo pyłu. M. już raz odkurzał, a oni biorą kolejne bryły i zaczynają pracę znowu.
- Może zostawicie sobie na jutro. - próbuje przekonać Babcia H.
- Babcia, jutro nie mam czasu. - odpowiada Mi. - Idę do przedszkola.
- No właśnie - podsumowuje dziadek W. - nie wszyscy mają tyle czasu.
Odbieram chłopaków z przedszkola. GP przybiega z cukierkiem w dłoni. Pewnie któreś z dzieci rozdawało z okazji urodzin.
- Dasz mi cukierka? - pyta Mi.
- Nie. - odpowiada GP.
- A podzielisz się?
- Nie da się. Za mały jest.
Kilka dni temu poprosiłam Mi. żeby spróbował powiedzieć sam "Ojcze nasz". Powiedział. Niektóre słowa trochę przekręca, bo są nietypowe, ale generalnie mówi od początku do końca. Zapytałam czy będzie się ze mną modlił. (Dalej nasza modlitwa wygląda tak, że ja mówię sama "Ojcze nasz", czasem też "Zdrowaś Mario", a potem Mi. mówi "Strzeż mnie Boże".) Mi. powiedział, że mówię dla niego za szybko. Spytałam czy będzie ze mną się modlił jeśli będę się modlić wolniej. Przytaknął.
I teraz modlimy się wspólnie, tylko wolno.
Osobiście uważam, że wiele jest prawdy w tym stwierdzeniu ;P
- Chcę się pohuśtać z chłopcem.
Mama ustępuje mu miejsca, przytrzymuje huśtawkę, żeby mógł na niej usiąść i już Mi. huśta się z chłopcem.
Bardzo obu się to podobało i długo nie chcieli zrezygnować z tej zabawy.
M.:
- Co?
- Ci melo!
- Co?
- Ci melo!!!
D.:
- Chcesz 3 melony?
GP:
- Ta. - i liczy na paluszkach - Mimi, ja...
M.:
- Ale to 2...
GP:
- A... Ta... - i po chwili dodaje - Duzi melo!
Wracamy z chłopakami z przedszkola. Wędrujemy miedzy blokami, zwiedzamy płace zabaw. Chłopcy zbierają kasztany i ... kije... skaczą po kałużach...
Po ponad godzinie zbliżamy się już powoli do naszego osiedla. Intensywnie myśle jak pozbyć się tych kijów. Cześć, którą zostawili na wózku, i tak już partiami wyrzuciłam. W miejscu, gdzie zaczyna się plotek oddzielający trawnik od chodnika mówię:
- Może tu zostawicie kije?
- Świetny pomysł mamo - odpowiada Mi.
Układa kije, przyłącza się do niego GP. W końcu Mi. stwierdza, że jednak jeden weźmie, GP tez chce jeden.
Idziemy dalej, intensywnie myśle, gdzie by te kije mogli jeszcze zostawić. Całkiem blisko bramy na osiedle jest taki skalniak otoczony płotem. Sugeruje, że może tu kije ładnie by wyglądały...
- Świetny pomysł mamo - odpowiada Mi. i zaczyna wkładać tam swój kij. GP się do niego przyłącza. Kij GP upada. Mi. pomaga mu go lepiej ustawić...
Nieopodal stoi pan, patrzy na całą sytuacje, uśmiecha się i pokazuje mi kciuk do góry. Też w sumie zaczyna mnie to bawić.
Wchodzimy na osiedle bez ani jednego kija! :)
3.09.
Ustalamy zakres remontu domu. Do rozmowy włącza się Mi.:
- Bramę będzie trzeba przemalować na złoto, żeby się świeciła w nocy.
Na to M. (ironicznie):
- A może żarówki powiesimy?
Mi.:
- Tak, to jest świetny pomysł!
4.09.
Mi.:
- Będziemy jeździć na weekend i tata będzie remontował, a my się zajmiemy swoimi remontami!
23.09.:
M. w delegacji. Wieczorem, jak już spali GP i A chciałam wynieść śmieci. Powiedziałam Mi., że wyjdę na chwilę do śmietnika.
Wracam i słyszę jak Mi. mówi:
- Mama wróciła.
Okazało się, że GP obudził się w ciągu tych 3 minut mojej nieobecności i Mi. najpierw mu powiedział, że wyszłam, a teraz, że wróciłam.
24.08
Ja do Mi.:
- Mi., co rysujesz?
- Aaa, to sprawy techniczne...
25.08
Chłopcy bawią się w mamę i tatę. GP mówi:
- Mama ja. Niunia mam ja. - klepie się po brzuchu - Niunia mam ja tu.
(Jestem mamą. Mam dziecko. Mam dziecko w brzuchu.)
27.08
GP przybiega i mówi:
- Tata bam-bam pupa mi.
(Tata klepie mnie po pupie)
Przybiega M. i naśladuje sposób mówienia GP:
- Bam-bam pupa łał. Pupa pam-pam.
(Miło się klepie po pupie. Poklepie po pupie.)
Okazało się, że cała afera była spowodowana tym, że GP nie chciał założyć pieluchy. W końcu udało się go ubrać i GP mówi:
- Nie ał.
(Teraz już nie boli)
Na to M.:
- Ja GP pupa pam-pam. Pupa łał.
30.08
GP do Mi.:
- Mimi, ratuj.
Mi. siedzi i przegląda gazetkę lego. Nawet nie podnosi wzroku i odpowiada.
- Nie uratuję cię.
30.08
Mi. 2 dni przed pierwszym dniem w przedszkolu po wakacjach:
- Mam w środę sesję zdjęciową, wiec nie będę mógł pójść do przedszkola.
Ale udało się go przekonać, że sesję powinien przesunąć, gdyż to będzie pierwszy dzień w przedszkolu dla GP i musi pójść, żeby go zaprowadzić i pokazać mu przedszkole.
Ostatecznie tak się zajął GP, że obaj poszli prawie nie pożegnawszy się z tatą.
31.08
Babcia A. pytam Mi. jak podoba mu się dom. Mi. odpowiada:
- Będziemy mieć niezłe obserwatoria na samym strychu. Będziemy kierować teleskopy na zachód.
- Dużo macie terenu... - babcia A. kontynuuje rozmowę.
- Mamy też mrówki. - odpowiada Mi.
W sierpniu żłobek jest zamknięty, więc w tym i poprzednim tygodniu jest ze mną nie tylko A., ale też GP. To powoduje nagromadzenie śmiesznych sytuacji i motywuje mnie do zapisywania unikalnego słownictwa i gramatyki GP.
Wypowiedzi GP:
- Mama pupa ty.
(mamo, usiądź tu) często ze wskazaniem, gdzie konkretnie mam usiaść.
- Taje te, nie chce taje.
(Te farby są stare, nie chcę starych.)
- Mimi malu ja
(chyba że obaj malują)
- Nie juś malu.
(nie pomalowałem się jeszcze) gdy schowałam kosmetyki do malowania, a GP chciał dalej się malować
- Niu-niu ja jest, mama ja
(A. jestem, jestem mamą) gdy A płakała, a GP chciał jej towarzyszyć, wesprzeć
***
Czasami, kiedy GP chce coś powiedzieć wychodzi mu nie do końca ładnie.
- Powiedz dziób!
- Dup.
albo
- Ja pi-pa!
(ja strzelam z pistoletu)
- Mama pi-pa.
(zastrzeliłem mamę)
***
Dziś GP chciał karmić A. piersią. Pomogłam mu "przystawić". Chwilę "karmił", a potem chciał zanotować coś w moim notesie, w którym notuję kiedy, ile i z której strony A. jadła.
***
Mi. je posiłek i zobaczył, że M. wyciąga wędzoną makrelę z lodówki.
- A po co nie zrobiliście mi kanapki z rybką?
Minął już ponad miesiąc odkąd urodziłam A. W dalszym ciągu jestem na oksytocynowym haju. Zachwyca mnie. Nie spodziewałam się, ze tyle radości będę mieć z samego faktu, ze mamy córkę.
M. tez zachwycony. Nosi, przewija. Szczególnie na początku było to widoczne. Wakacje na działce trochę to popsuły. Odzwyczaił się od zajmowania się A.
Mi. okazuje uprzejmą życzliwość. Nie jest często zainteresowany A., ale jak już jest to jest radosny i pomocny. Na początku zdarzało mu się nazwać ją Wandzia. Wprawdzie często wpada w histerie, do upadłego broni swojego zdania i kłóci się z każdym, ale zaczęło się to kilka miesięcy temu, wiec mamy nadzieje, ze to etap i za jakiś czas złagodnieje.
GP początkowo okazywał A. wiele serdeczności, całował, głaskał po główce. Urocze to jest. Niestety po miesiącu pojawiła się zazdrość. (Czyżby skończył się miesiąc miodowy?) Od 2 dni kradnie jej smoka. Dziś włożył jej palec w ciemię, a trochę później pociągnął za nogę. Potem zakrywa rączkami oczy i większość twarzy, wiec widać, ze się wstydzi i wie, ze robi źle. Ciekawe jak będzie zachowywał się dalej. Ale trzeba go bardzo pilnować.
Chciałabym, żebyśmy jeszcze gdzieś pojechali, ale nie wiem czy się to uda w te wakacje.
Mi. ostatnio /tak od paru miesięcy/ gorzej się zachowuje i częściej ma konflikty ze wszystkim. Póki to były konflikty głównie z M. i ze mną to byłam przekonana, że kwestia upominania się przez niego o naszą uwagę.
Od początku zeszłego tygodnia /z przerwą na weekend/ jesteśmy z chłopakami na wakacjach. Oni mieszkają z dziadkami na wodociągu, ja z A. na działce. W zeszłym tygodniu pokłócił się z pradziadkiem B. A wczoraj, najpierw z dziadkiem A(bo dziadek nie chciał do niego przyjść- był zajęty), potem z babcią A(która nie pozwoliła GP zabrać patyka). Owszem, to było już późnym popołudniem, wiec pewnie był zmęczony.
Mam nadzieję, że to jednak etap. I za jakiś czas trochę się ogarnie.
M.:
- Chłopaki, żeby pojechać do dziadków musicie się ubrac. I spakujcie rzeczy, których potrzebujecie.
Mi.:
- GP, spakuj moją czapkę.
M.:
- Spakujcie w różową torbę.
Mi.:
- GP, przynieś torbę... różową.
***
Stąd nasze dzieci mają nieformalne ksywki:
1. Panicz
2. Giermek
3. Księżniczka
Kiedy GP widzi gdzieś coś, co mamy w domu (np. książeczkę u dziadków), mówi:
- W domu mam.
Kiedy budzimy GP, a on nie chce wstać, mówi:
- Nie cześć.
Kiedy GP przewróci się, ale nic mu się nie stanie, mowi:
- Nie io-io.
Może jego zasób słów jest mały, ale na prawdę sporo jest w stanie przekazać.
Akt I
W sobotę byliśmy na ślubie A&K. W kolejce do życzeń rozmawialiśmy z Siwkami, którzy bardzo chwalili M., że garnitur ślubny na nim świetnie leży i co robi, że tak figurę trzyma. M. cały dumny i szczęśliwy, a co - miło usłyszeć komplement!
Akt II
Wieczorem M. pojechał na zakupy. Przy okazji kupił bluzę dla Mi. na 110. Przy kasie zagaduje go kasjerka:
- Chyba za mała ta bluza dla pana.
- Wrzuci się do wody i się rozciągnie - wchodzi w small talk M.
- No naprawdę: dzieci mają dzieci!
- Właśnie niedługo urodzi się 3-ecie.
Akt III
W niedziele M. wszedł na wagę. 84 kg. Nie mógł uwierzyć, że aż tyle.
Ostatnio w programie uBOGAcONEj z Niewiastami Starego Testamentu rozważałam historię Lei i Racheli. I widzę jak podobne sytuacje działy się (i dzieją) dookoła mnie.
Najpierw A. i ja. Ona ta ładna...
Jej ładnie się układały włosy. Ona się wdzięcznie uśmiechała, uroczo pozowała do zdjęć, zawsze wiedziała jak się zachować. Mi mama kazała malować twarz, włosy, kręcić loki, bo nikogo sobie nie znajdę. A jak znajdę to mnie rzuci taką niezrobioną.
I znalazłam. Poznaliśmy się na nartach. gdzie w czasie odpoczynku po jeżdżeniu miałam czerwone poliki od mrozu i włosy spocone i przyklapnięte od kasku. To coś między nami rozwijało się na pielgrzymce i kajakach - buzia spalona od słońca i zero jakiegokolwiek makijażu. Do tej pory trudno mi zrozumieć co się M. we mnie spodobał. I dalej podoba. Znamy się 10 lat. Tyle razy widziałam i widzę zachwyt w jego oczach i nie mogę zaktualizować tego w sobie, że dla niego jestem najpiękniejsza. A potem patrzę na zdjęcia i jeszcze bardziej się dziwię, bo widzę te wszystkie niedoskonałości.Potem ja i A. Ja ta mądra...
Porównywanie jej wyników w nauce do moich przez rodziców i w szkole przez nauczycieli. No pewnie, że ja wiedziałam więcej. Bo byłam starsza. Ale czy rzeczywiście bardziej zdolna? I jej poszukiwania swojej niszy: humanistycznej i językowej. W swojej humanistycznej klasie w LO była najlepsza z klasy z przedmiotów ścisłych. Ale w tych humanistycznych też dobra. I złość mamy jak nie zdała FCE (first certificate in english). Przecież tyle zainwestowali w jej edukację językową.
Na koniec, już po trzydziestce przyznała, że chyba jednak jest umysłem ścisłym. Na co E. odpowiedziała, że zawsze się zastanawiała jak to jest, że w rodzinie samych matematyków, chemików i inżynierów jest taka jedna A., która jest humanistką.
Dalej ja i R.
Uważałam, że ona jest taka mądra i uzdolniona nieprzeciętnie. Ona chyba tak samo myślała o mnie. A zdałam sobie z tego sprawę w sumie niedawno przypominając sobie jak zachęcała mnie do zdawania na MISMaP. A ja się nawet na biologię nie dostałam (przynajmniej w pierwszym podejściu).
I na koniec ja i MP. Ona stawiana na wzór mi, ja jej.
W szkole obie byłyśmy dobre. Nawet jeśli ona musiała zawalczyć o ocenę biologii sprytem, nie do końca wiedzą, to w sumie jakie to miało znaczenie, skoro biologia nie była jej konikiem. Ona była lepsza z angielskiego, ale to z kolei nie był przedmiot priorytetowy dla mnie. Rozbiło się dopiero o zakładanie rodziny - kiedy ona postanowiła wyjść za swojego obecnego męża coraz bardziej zrywała nasz kontakt. Zerwała go ostatecznie kiedy urodziłam pierwsze dziecko. Teraz odbudowujemy go listownie. Też fajnie, ale to jednak całkiem co innego.
***
Nie ma tu wygranych. Każda coś przegrywa. Zawsze walkę o swoje dobre samopoczucie, samoocenę, czas, który marnuje zamartwiając się, że nie jest wystarczająca.
Co robić? DOCENIAĆ, nie oceniać. Te osiągnięcia, które są, a nie to co można byłoby zrobić jeszcze lepiej. Podkreślać zalety. NIE PORÓWNYWAĆ. Chociaż wiem, że porównywanie rodzeństwa narzuca się samo. Ale może chociaż mogłoby być pozytywne, nastawione na wydobywanie atutów danej osoby. Nie podkreślające, co ten drugi robi lepiej. To wcale nie motywuje do przeskoczenia siebie. I często nie trzeba siebie przeskakiwać, żeby być szczęśliwym. Wystarczy rozwijać to co jest naszym własnym talentem.
Na spacerze. Wg. relacji M. GP do psa obwąchującego coś w trawie (a pies był z tych sporych, na tyle duży, że zwykle GP takich się boi):
- Cześć hau-hau, cześć hau-hau, cześć hau-hau, cześć hau-hau... - jakby trochę się zaciął.
- Piesek jest zajęty. - powiedział M. próbując wytłumaczyć brak zainteresowania psa zaczepkami GP.
Na to odezwał się właściciel:
- On jest stary i głuchy!
Niedzielny poranek. GP już przed 6:30 wstał na „am.am”. Zjadł, potem bawił się gliną, w międzyczasie jakieś wygłupy. W końcu obudził Mi. Pytam:
- Mi., nie chcesz wstać, pójść się bawić i zabrać ze sobą GP?- GP? Idziemy się bawić?
- Nie.
- Zbudujemy warsztat.
- Nie.
- I ty będziesz przyjeżdżał, a ja będę ci naprawiał samochód.
- Tak.
I polecieli się bawić.
Jak to dobrze, że jest ich dwóch. Przynajmniej czasem dobrze...
Nagle z sypialni wychodzi Mi. Przychodzi do nas i mówi:
- Nie mogę przez was spać, bo wy ciągle gdzieś idziecie.
M. spytał się czy mu odbiorę mu jabłka. Chłopaki tez chcieli. Mi. poprosił o to, żeby dać mu całe tylko wyciąć ogonek. Takie samo jabłko dałam GP.
Po jakimś czasie słyszę jak M. mówi do GP:
(czytając proszę szczególnie uwzględnić wykrzykniki)
- Gdzie masz jabłko?- Am.
- Całe zjadłeś?!
- Tak.
- Z pestkami?!!!
- Tak.
- To idź, umyj ręce.
Po czym M. przyszedł do mnie i mówi:
- Z całego jabłka zostały 2 pestki.
16.04
Mi. chciał, żeby mu wymienić kasetę magnetofonową. Ale nie na tą drugą, którą miałam pod ręką, tylko na jakąś inną. Tej innej trzeba nieco bardziej poszukać - są gdzieś nieco głębiej ukryte, bo dawno nie były używane. Właśnie kończyłam robić obiad, powiedziałam wiec Mi. że poszukam po obiedzie.
Kilka minut później wołam Mi. na obiad. A Mi. na to:
- Dopóki mi nie dasz kasety nie przyjdę na obiad...
- Dam ci kasetę po obiedzie.
- Dopóki mi nie dasz kasety nie przyjdę na obiad... Informuję cię!
Stwierdziłam, że przeczekam. Mi. zaczął powtarzać:
- Dopóki mi nie dasz kasety nie przyjdę na obiad... Informuję cię! - i znów za chwilę - Dopóki mi nie dasz kasety nie przyjdę na obiad... Ostrzegam cię!
Co chwila to powtarzał. Zjadłam obiad. Poszłam się położyć. Mi. cały czas co jakiś czas powtarzał swoje ostrzeżenia. W końcu mówi:
- Nie zjem z tobą obiadu.
- No pewnie, że nie zjesz. Ja już zjadłam.
Wtedy się rozpłakał. Dał się przytulić. I chciał czytać. Jak przeczytaliśmy dłuższy fragment powiedziałam, że muszę się napić i poszłam do kuchni. Piłam moją herbatę długo, bo nie chciało mi się już dalej czytać.
W końcu przyszedł Mi., usiadł na swoim miejscu, gdzie stał przygotowany dla niego obiad i zaczął jeść.
18.04
Mi. pokłócił się o coś z M. i uderzył go. A potem przychodzi do mnie i chce czytać. Mówię mu, że nie podoba mi się, że bije tatę. Mi. padł na kolana i mówi:
- Przepraszam...
Mówię mu, że to tatę powinien przeprosić. Właśnie M. i GP szykowali się na dwór. Mi. nie chciał iść.
Mi. chwilę się zastanowił i chyba stwierdził, że jak nie zakończy jakoś tej sytuacji to mogą być nici z czytania. Wiec poszedł do taty.
Coś tam chwile pogadali w innej kwestii, a potem Mi. przeprosił M.
- Nie gniewam się - odpowiedział M.
![]() |
| Palma na pociągu (Mi., 15.04.2021). |
Chłopaki kolorują kolorowanki.
- Mamo, GP nie chce mi dać fioletowej kredki!
- Musisz poczekać, aż skończy.
Po kilku próbach namówienia GP, żeby oddał fioletową kredkę, Mi. przypomniał sobie, że w książeczce było o łączeniu kolorów i poszedł szukać tej książeczki. Nie znalazł. Pomogłam mu znaleźć. Sprawdził i połączył czerwony z niebieskim. Twierdził, że uzyskał kolor fioletowy. Moim zdaniem nie do końca. Chociaż może najważniejsze, że on był zadowolony!
Jestem niesamowicie dumna, że takie mądre rozwiązanie wymyślił!
Ja tu sobie pisze, a GP wdrapał się po stoliku na szafkę, a potem wyciągnął czekoladę. No to już pomogłam mu podzielić ją na kawałki. Wziął 2 i mówi zadowolony:
- Mam, mam!
Zszedł na podłogę i zadowolony pobiegł do salonu krzycząc „Mimi” (żeby podzielić się z Mi.).
Potem dopadł jeszcze kurkę z jajkami (wyrób czekolado-podobny). Najpierw zjadł jaja. Potem schrupał kurkę. Na śniadanie za dużo już się nie zmieściło...
Mi. też chciał swoją kurkę (dostali po kurce z dwoma jajami w Poniedziałek Wielkanocny od Dziadków Z.). Udało mi się go przekonać, że lepiej najpierw zjeść śniadanie, a potem dopiero kurkę. Dzięki temu Mi. nie był w stanie zjeść całej na raz i jak w połowie zasugerowałam, że może sobie zostawić na później, oddał mi i poprosił, żeby schować.
Tego dnia zjadł ją do końca i jaja też, ale jeszcze chyba w dwóch ratach. Ku rozpaczy GP, który też chciał, ale zgodnie z prawdą mówiłam mu, że już swoją kurkę zjadł i w sumie było to tyle czekolady, że już więcej mu tego dnia nie dam.
Przychodzi Mi. i pokazuje pojazd, który zbudował z lego.
- Mamo, zobacz jaką kapsułę zbudowałem!
- A ona jest podwodna czy lata w kosmosie?
- W ZASADZIE... to jest podwodna, ale może też latać w kosmosie. Jest zbudowana z żelaza i z plastiku.
A potem pokazywał jak się zanurza.
Cudne jest jak Mi. zaczyna zdanie od „w zasadzie”, brzmi to jakby się jakiś specjalista wypowiadał.
***
Nieco później:
- Mamo a wiesz dlaczego... (i tu opowiada szczegóły budowy kapsuły)
- Nie wiem - odpowiadam z zaangażowaniem.
Mi. pokazuje opis jakiegoś zestawu w katalogu Lego:
- Przeczytaj mamo, to się dowiesz.
Komentarz Babci A., jak jej napisałam powyższy dialog:
-🤣🤣 On wie bo przeczytał.
| Kapsuła, ta co w zasadzie jest podwodna, ale może też polecieć w kosmos. ;P |
Cała dzieciarnia bawi się na podwórku. W pewnym momencie M. podchodzi do Mi. i S., którzy siedzą każdy na swoim samochodzie.
- Co robicie chłopaki?
Mi.:
- Debatujemy z S. nad zamianą samochodów.
W II trymestrze mam mniej mdłości, rzadziej wymiotuje. To zdecydowanie poprawia komfort życia.
Z dolegliwości ciążowych bardziej dokucza mi teraz ból jak GP się przysysa. Po pierwszym trudnym momencie ból ustępuje. Karmię teraz 1-3 razy dziennie, wiec jakoś jest to do przeżycia.
Od 15+1 wydaje mi się, że czuję delikatne ruchy. Ale na razie jeszcze rzadko i nie mam pewności czy to na pewno to. Od 17+1 poczułam bardziej. Około 20 tyg. ciąży zrobiły się te kopniaczki wyraźne i wiele razy odczuwalne, a niedługo potem zaczęłam je też czasem widzieć przez powłoki.
Brzuch jakoś tak mi się uwypuklił wyraźnie, że bez szerszych/ciążowych ubrań już nie daje rady. Stało się to nagle: 15+3.
Zabrałam się za fotoksiążkę. Ciekawe ile uda mi się zrobić...
W styczniu zaczęłam chodzić do kościoła w tygodniu. Bardzo mi tego brakowało. Ze względu na pandemię kolęda jest w tym roku organizowana w formie spotkań w kościele dla chętnych. Dzięki temu w sąsiedniej parafii pw. św. Rodziny na Zaciszu są dodatkowe Msze Św. o godzinie 12:00 lub 10:00. Dla mnie to dużo lepsza godzina niż 7:00 rano lub 18:00 wieczorem. W lutym już nie było tyle okazji, a poza tym trochę miałam problem z zatokami i gardłem, wiec stwierdziłam, że nie powinnam chodzić do kościoła, żeby kasłać.
Mamy prawdziwą zimę śnieg zaczął padać we wtorek 12.01.2021, temperatura minusowa i bardzo minusowa jak na Warszawę (17.01.2021 nawet około -13-15 st C.). Sanki, które chłopcy dostali pod choinkę bardzo się przydają, a czasem pożyczamy innym dzieciom. Minęła połowa lutego a zima dalej szaleje. 17.02. w środę popielcową padało cały dzień i znów jest piękniej na świecie!
Mi. przypomniał sobie, że obiecywaliśmy mu, że jak przestanie pić moje mleko to będzie mógł jeździć przodem do kierunku jazdy. (Duzi chłopcy, tacy którzy nie cycają, mogą jeździć przodem do kierunku jazdy.) 17.01.2021 przełożyliśmy fotelik.
W lutym Mi. zachorował na ospę wietrzną (13.02), ale stan ogólny wskazujący na chorobę utrzymywał się tylko 3 dni i uczciwie mówiąc nie był wyraźnie niewyraźny ;P. To pewnie zasługa Heviranu, który dostał jak tylko zorientowałam się o co chodzi.
Przez drugą połowę kwietnia oboje z GP chorowaliśmy na katar i kaszel mokry. GP miał zmiany osłuchowe /dyskretne/ u podstawy płuca, które nie przechodziły mimo leku wykrztuśnego i oklepywania /niezbyt regularnego/, wiec skończyło się na antybiotyku. Ja leczyłam się prawie bez leków /poza wykrztuśnym/, co spowodowało, że zajęło mi to znacznie więcej czasu. W czasie infekcji /kataru/ miałam mniej nasilone mdłości ciążowe. Czasem infekcja też ma dobre aspekty ;P.
GP woła:
- Mimi, ato je!
(Mi. auto jest!)
- GP, chcesz zobaczyć Tytanica, który zatonął?
- Tak.
Mi. pokazuje GP obrazek w ksiażce.
GP:
- Wow!
Mi. do GP:
- Mama cię nie zabije, tylko strzeli cię termometrem.
Rysunki Mi.: Żarówka i auto.
Chłopcy jedli jogurty z płatkami na kolacje. Poszłam się kąpać.
...
Po kąpieli idę do kuchni i widzę stojący na stole kubeczek po jogurcie Mi. Kubeczka po jogurcie GP nie ma. Zaglądam do zlewu (GP czasem sprząta po sobie naczynia) - nie ma. Idę do pokoju pytam GP gdzie jego kubeczek? GP pokazuje paluszkiem w kierunku kuchni.
- Wyrzuciłeś do kosza? - zgaduje.
GP mówi, że nie i biegnie do kuchni, żeby mi pokazać gdzie jest ten kubeczek. Otwiera lodówkę mówiąc: „Nie am, nie am.”
W lodowce stoi kubeczek z łyżeczką.
[GP nie zjadł do końca, wiec odstawił resztę jogurtu do lodówki.]
![]() |
| Rakieta wyklejona przez Mi. Kształty wycinał M. |
- Nie am, nie am!
I machał paluszkiem.
***
Wróciliśmy do stoły i Mi. pyta:
- Czemu Grześ mówi „nie am”?
- Dlatego, że nie umie powiedzieć: „N
ie jedz z mojego talerza kiedy będę korzystać z toalety”
![]() |
| Bałwan, którego M. z chłopakami zrobił w sobotę. |
Rano M. włączył nam w sypialni lampkę, żeby chłopcy powoli już się budzili. Mi. zaczął się przewracać, marudzić i lamkę wyłączył. Lampka jest przymocowana do jego łóżeczka.
Po chwili M. przyszedł ponownie i znów włączył lampkę. Mi. zaczął płakać, że go w oczy razi, wiec M. musiał wyłączyć lampkę, a następnie poszedł do kuchni.
Mimo niechęci do poranka niedługo potem Mi. wstał i wydawało się, że zamierza wyjść z sypialni. Jednak tuż przed drzwiami zabrakło mu sił. M. przyszedł zobaczyć co się stało. Mi. poprosił o włączenie światła nad stołem w kuchni. M. włączył światło nad stołem i zgasił wszystkie pozostałe lampy. Mi. poszedł do kuchni.
***
M. wrócił do sypialni i próbował obudzić GP. GP odpychał go, odwracał się od niego, zwijał w kłębek. W każdym razie dawał dobitne sygnały, że nie chce wstawać.
I wtedy zapytałam:
- Co robi Mi.?
- Wciąga żółteczko*. - odpowiedział M.
Jak GP to usłyszał to się zainteresował. Najpierw usiadł, a potem poszedł do kuchni. Chyba chciał zobaczyć to żółteczko. Ale Mi. nie miał żadnego żółtka, wiec zawiedziony GP wrócił do nas mówiąc "nie, nie". A potem znów poszedł do kuchni, do Mi.
Chwile było spokojnie, potem zaczęło być słuchać jak chłopaki gadają i zaczynają się chichrać. Dobra nasza. Humory mają dobre.
W końcu stwierdziliśmy, że najwyższy czas ruszyć się i zacząć ich ogarniać. Wstałam, poszłam do kuchni. A tam... dwóch śmiejących się chłopców siedzi pod stołem. Mi. mówi, ze schowali się przed tatą i ukryli mu telefon. Mieli dużo frajdy jak M. tego telefonu szukał.
Potem był jeszcze trochę zachęcania do mycia zębów, ale potem ubrali się już dość sprawnie i bez problemu wyszli.
* "Wciąganie żółteczka" oznacza, że człowiek rozbudza się.
***
Wieczorem oglądaliśmy oferty domów w necie (szukamy czegoś dla siebie) i trochę się zagapiliśmy z czasem kąpieli. Kiedy wiec wróciłam do rzeczywistości, było już trochę późno i chciałam, żeby chociaż do wanny wskoczyli sprawnie. Zapytałam:
- Kto chce myć wannę?
Chętnych było dwóch. Jaki to człowiek musi być kreatywny, żeby zachęcić już w pierwszym podejściu.
1).
Mi. zaczął podskakiwać. Patrzy przez okno i mówi:
- Jak skaczę ruszają się bloki.
2).
Ubrałam GP w koszulkę z rekinem. GP patrzy na koszulkę, pokazuje na rekina i robi gest jak w piosence "baby shark" tak jak na babcię i mówi:
- Tu, tu, tu.
Mi. ustawił ludziki Lego w kółko, żeby się razem bawiły. Wcześniej słyszałam jak śpiewa stary niedźwiedź mocno śpi.
GP bawił się pieczątkami. W końcu tak wybrudził sobie rece, ze zabrałam mu gąbki z tuszem.
Za chwile słyszymy, ze Mi. krzyczy:
- Tata, napisałem twoje imię.
Przybiegł i pokazał kartkę, na której pieczątkami odbił słowo „tata”. Chwalimy, ze dobrze napisał. Nagle się orientuje, ze przecież zabrałam im tusze.
- A skad miałeś tusz?
- Może jeszxze pieczątka była nasączona? - zauważył M.
- Weszłem na krzesło - odpowiedział Mi.
No nie powiem żebym się ucieszył, ze wziął sobie tusz z połki nad kuchenką. Ale powiedziałam tylko:
- Wszedłem, Mikołaju, wszedłem.
***
A potem Mi. napisał jeszcze .mama”.
Przedwczoraj M. pojechał w delegację. Jak wyjeżdżał w grudniu chłopcy zostawali w domu, bo nie miałam tyle sił i pary, żeby ich odprowadzić do przedszkola i żłobka. Ale tym razem miałam plany: chciałam pójść na Mszę Świętą i wiedziałam, że z nimi może się to nie udać. Postanowiłam wiec chociaż podjąć próbę odprowadzenia ich. Ale na wszelki wypadek spytałam Mi. czy poszedłby ze mną do kościoła i czy zachowywałby się w nim spokojnie. Deklarował, że tak.
Rzeczonego dnia GP obudził mnie ok 3:15 na kp. On najadł się i poszedł spać. Ja już nie zasnęłam. Wstałam przed 6:00, zjadłam śniadanie, popiłam herbatką, pomodliłam się, ach, całkiem spoko poranek.
Ok 7:40 zaczęłam budzić chłopaków zapraszając ich na "spacer". Mi. ubrał się całkiem po dobroci. GP trochę nie chciał wstać, ale nie było źle. Przed wyjściem mieli jeszcze czas na chwilę zabawy lego. Miodzio.
I jak byliśmy w 2/3 drogi do przedszkola, już na ul. Żuromińskiej Mi. uświadomił sobie, że najpierw planuję odprowadzić jego, a nie GP. I się zaczęła histeria, że on nie chce do przedszkola, że najpierw mam odprowadzić GP i w ogóle on chce do kościoła. Kościół jest zaraz za przedszkolem, wiec do przedszkola jeszcze w miarę udało nam się dojść. Ale od furki zaczęła się histeria na całego. Nic nie wyszło z prób przytulenia, przekupstwa. Przychodzące do przedszkola panie namawiały go, żeby poszedł, bo będzie pani Jola i będzie się dobrze bawił. Nawet niektórzy rodzice z dziećmi próbowali go zachęcić. A on stał przedszkolem i krzyczał, że chce do kościoła.
Jednak powoli przesuwaliśmy się w kierunku drzwi. I jak już tam dotarliśmy i jeszcze trochę postaliśmy próbując namawiać pojawiła się pani Edytka i po prostu go zabrała. Mimo krzyków, płaczów i protestów.
Całe zajście trwało prawie 20 minut, wiec potem gnałam z GP w wózku do żłobka, żeby zdążyć. Na szczęście GP chętnie się rozebrał i poszedł na salę.
Wróciłam do domu cała mokra.
Traumatyczny poranek.
***
Tak dawno ich nie odprowadzałam, że nie pomyślałam, że cały czas mu zależy na tym, żeby Grzesia odprowadzić pierwszego.
No i z mamą histeria jest zawsze najgłośniejsza...
GP znalazł pistolet i celuje do mnie. Przybiega Mi.:
- Nie strzelaj Grzesiu! Mama jest potrzebna! - Do czego? - pyta M. - Kto będzie nam czytać?Udało się. Po wielu miesiącach zastanawiania się czy to już czas na kolejną osobę w naszej rodzinie i dosłownie 2 miesiącach starań jest nasza nowa kruszynka. Pomimo karmienia w tandemie.
Mimo wszystko trochę martwiłam się jak M. zareaguje, że to już. Ale on cieszył się jeszcze bardziej niż ja. Moją radość przyćmiło trochę moje samopoczucie, najgorsze ze wszystkich ciąż: różne niedogodności zaczęły się jeszcze przed skończeniem 6-tego tygodnia.
Szybko okazało się, że nawet tylko na ranki nie jestem w stanie pracować, bo co i raz jakieś mdłości mnie ogarniają. Po kilku dniach stało się oczywiste, że przyprowadzenie chłopaków ze żłobka i przedszkola też przekracza moje możliwości. Nawet spacer do piekarni po przysłowiowe bułki powoduje zmęczenie. Nie wiem czy to dlatego, że jednak kilka lat więcej na karku, czy zarywanie nocy związane z pobudkami chłopaków. Powoli wypracowuję plan. Muszę:
czasem pomaga tylko coca-cola (wiem, nie jest to optymalny napój dla ciężarnej, ale sok nie działa, a wręcz szkodzi).
Uznałam też, że muszę ograniczyć karmienie z piersi Mi. W końcu ma już 4 lata, wiec chyba już można. Wytłumaczyłam mu, że się źle czuję i nie mogę jeść tyle ile potrzebuje, a w związku z tym nie dam rady mieć tyle mleka co wcześniej i zamiast go karmić wieczorem będę go przytulać i czytać książki. W zasadzie w ciągu kilku dni ( w 8 tyg.) zmniejszyliśmy ilość karmień z 2-4/dobę do 1 razu rano. To karmienie rano jest dla niego ważne, bo pozwala się obudzić i wstać prawą nogą.
Około 13 tyg, w weekend przed świętami, Mi. całkiem zrezygnował z mojego mlek. Przez kilka dni całkiem się nie upominał, a potem zaczął się budzić nad ranem z krzykiem: „ja chcem cycusia”, ale wystarczy go przytulić, coś tam pogadać i zasypia dalej. W ten sposób nie jest już karmiony ponad 2 tygodni.
Ilość karmień, w zasadzie sam, zredukował sobie również GP. Około 12-13 tygodnia coraz więcej pojawili się takich dni, że zasypiał na drzemkę lub na noc bez kp, a i w nocy mniej się budzi. Są takie dni, że zjada 2x na dobę. Czyżby mleko gorzej smakowało? Zadziało się to w czasie przymusowych wakacji od żłobka: M. był w delegacji, a ja nie byłam w stanie odprowadzić chłopaków.
Mamy też sukces jeśli chodzi o odpieluchowanie. Te 1,5 tyg w domu wystarczyło, żeby GP ogarnął korzystanie z nocnika w dzień. Na drzemkę też kładę GP bez pieluchy i już ponad 2 tygodnie jest ok - była tylko jedna wpadka. Bywają też dni, kiedy pielucha po nocy jest sucha. W żłobku pierwszy dzień był potrzebny na adaptacje, ale potem zaczął wołać jak coś chce i sam biec do łazienki. Na razie panie zaproponowały, że będą zakładać mu pieluchę na dwór i na drzemkę.
Dzisiejszy poranek. Mateusz próbuje obudzić chłopaków, ale nie są zbyt wyrywnie do wstawania. Mi. chowa się pod kołdrę. GP przewraca na bok. W końcu GP siada, wyciągając rękę w kierunku bidonu i mówi:
- Piiii - co w wolnym tłumaczeniu znaczy pić. Po chwili przypomina sobie, że przecież jest bardzo zaspany i opada na pościel.
I wtedy wkraczam ja! Superbohater, który przywraca dzieciom siłę.
- Mi., czy Ty też chcesz pić?
Nim Mi. zdążył odpowiedzieć, że tak, GP ozdrowiał cudownie i sięgnął po bidon.
W ten sposób udało się nam chłopaków sprawnie ubrać:
***
Ogólnie metoda pomaga nam ostatnio zrobić sprawnie rożne i tak konieczne rzeczy. Tylko czy to nie jest trochę manipulacja?