Wracamy z chłopakami z przedszkola. Wędrujemy miedzy blokami, zwiedzamy płace zabaw. Chłopcy zbierają kasztany i ... kije... skaczą po kałużach...
Po ponad godzinie zbliżamy się już powoli do naszego osiedla. Intensywnie myśle jak pozbyć się tych kijów. Cześć, którą zostawili na wózku, i tak już partiami wyrzuciłam. W miejscu, gdzie zaczyna się plotek oddzielający trawnik od chodnika mówię:
- Może tu zostawicie kije?
- Świetny pomysł mamo - odpowiada Mi.
Układa kije, przyłącza się do niego GP. W końcu Mi. stwierdza, że jednak jeden weźmie, GP tez chce jeden.
Idziemy dalej, intensywnie myśle, gdzie by te kije mogli jeszcze zostawić. Całkiem blisko bramy na osiedle jest taki skalniak otoczony płotem. Sugeruje, że może tu kije ładnie by wyglądały...
- Świetny pomysł mamo - odpowiada Mi. i zaczyna wkładać tam swój kij. GP się do niego przyłącza. Kij GP upada. Mi. pomaga mu go lepiej ustawić...
Nieopodal stoi pan, patrzy na całą sytuacje, uśmiecha się i pokazuje mi kciuk do góry. Też w sumie zaczyna mnie to bawić.
Wchodzimy na osiedle bez ani jednego kija! :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz