poniedziałek, 6 czerwca 2016

Spacer z niespodzianką (2) - Ratuj ptaka

        Razem z M. poszliśmy na spacer. Był już wieczór, tak po godzinie 20:00, ale jeszcze jasno, ciepło - jak to powinno być w czerwcu. Plan jak zwykle (od kilku spacerów): najpierw lody w pobliskim sklepie, potem dreptanie wzdłuż kanałku, który płynie za naszym osiedlem.

        Szliśmy już właśnie nad tym kanałkiem, kiedy to M. wypatrzył, że przy przeciwległym brzegu coś się szamocze. Po chwili przyglądania się stwierdziliśmy, że to ptak, który wpadł do wody, a teraz nie może wyleźć na brzeg. Pewnie młody, uczący się latać... Kiedy zastanawialiśmy się co robić do naszego topielca podpłynęło stado kaczek. Podpłynęły i też się bezradnie przyglądały.

        W końcu ustaliliśmy, że nie możemy go tak zostawić: ja zostanę po tej stronie, żeby dało się go zlokalizować, a M. pójdzie na drugą stronę, żeby go wyciągnąć. Może na drugi brzeg, po najbliższym mostku nie było bardzo blisko, ale też nie aż tak daleko, jednak mi oczekiwanie dłużyło się. Co gorsze miałam wrażenie, że nasz nieszczęśliwiec coraz mniej gwałtownie porusza się i nie mogłam doczekać się kiedy M. do niego dotrze.

       W międzyczasie wcinałam swojego loda, a jak go już całkiem skonsumowałam wyczytałam na patyczku, że wygrałam następnego! O czy poinformowałam M. krzycząc do niego, jak tylko był na tyle blisko, by mnie usłyszeć. Ale chyba mi nie uwierzył...

        M. po drodze znalazł patyk. Cały brzeg obrastają pokrzywy i potrzebne było "narzędzie", żeby depcząc je za bardzo się nie poparzyć (M. był w krótkich spodenkach). A ja z drugiego brzegu kierowałam, w którą stronę ma się kierować, żeby wylądować jak najbliżej ptaka. Potem kijek przydał się jeszcze, żeby wyciągnąć go na brzeg. Podobno nie mógł sobie sam poradzić z powodu gałęzi, która leżała wzdłuż brzegu i utrudniała mu wspinaczkę na suchą ziemię. Okazało się, że ptak był bardzo wyczerpany pobytem w wodzie i po wyciągnięciu na brzeg ledwo się ruszał.

        Poszłam do domu po pudełko, żeby było go w czym przetransportować. Przy okazji sprawdziłam w internecie gdzie jest Ptasi Azyl i od której strony Warszawskiego ZOO do niego podejść, żeby zastawić ptaka, a także spisałam sobie telefon, żeby do nich zadzwonić i się może coś dokładniej dowiedzieć. Wróciłam nad kanałek, do miejsca, gdzie M. czekał na mnie pilnując ptaka. W międzyczasie i on (M., nie ptak) sprawdził przez komórkę informacje odnośnie Ptasiego Azylu. Zadzwoniliśmy, ale jak łatwo się domyślić, o godzinie 21:00 w sobotę raczej nikt z pracowników nie koczuje przy telefonie w oczekiwaniu na jakieś zgłoszenie. Uznaliśmy, że mimo to pojedziemy, bo przecież jacyś pracownicy muszą być w ZOO przez całą dobę i na pewno będą lepiej zorganizowani jeśli chodzi o jakąś pomoc takiemu wyłowionemu zwierzątku. A nawet gdyby miał u nich tylko stać i czekać do jutra, to przecież u nas też nic z nim nie zrobimy specjalnego w tym czasie.

        Podjechaliśmy pod ZOO. Wszystkie okienka pozamykane roletami. Nikogo nie widać. Zostawiliśmy ptaka w samochodzie, a sami podeszliśmy do wejścia, żeby poszukać jakiegoś ochroniarza czy domofonu. Nawet była tabliczka "Ptasi Azyl", a z furtki przy tej tabliczce chwilę później wyłonił się ochroniarz. Wyjaśniliśmy sprawę, przynieśliśmy pudełko z ptakiem, ochroniarz przejął je od nas i obiecał przekazać dalej.

        Po powrocie z ZOO M. zaczął szukać zdjęć kawek, bo wydawało mu się, że wyłowiliśmy kawkę. Może nawet miał rację, bo pisklaki ze zdjęć były dość podobne do naszego ocaleńca.

        W domu M. zauważył mój patyczek po lodzie z informacją, że wygrałam drugiego loda. I bardzo się zdziwił, bo jednak nie uwierzył mi jak mu się pochwaliłam nad kanałkiem ;P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz