W końcu zamówiłam to wybrane, wymarzone wieczne pióro. M. chciał fiszki do nauki angielskiego, wiec uznałam, że jest okazja, to trzeba te rzeczy razem, wtedy będą kosztować tyle, że przesyłka będzie darmowa. Szczególnie, że byliśmy na kwarantannie i o spacerze do punktu odbioru nie było mowy.
Zamówiliśmy na początku zeszłego tygodnia. Według prognozy miało dojść w piątek. Wielki Piątek.
No ok, spodziewałam się, że przed świętami może coś pójść nie tak i się opóźnić...
W czwartek przyszła informacja, że jednej rzeczy nie mogą skompletować, wiec jeszcze nie wysyłają. Proszą o cierpliwość i nie tracenie zaufania do firmy.Że teoretycznie skompletowali zamówienie w piątek późną nocą dowiedziałam się chyba już we wtorek. Mimo wielokrotnego sprawdzania na jakim etapie jest moje zamówienie. No ok, święta to nie czas na pilnowanie papierów.
W środę nie doszło. Śledzenie przesyłki mówiło, że w stacji przeładunkowej w Warszawie już leżało.
Dziś doszło. Tyle, że ja jestem na dyżurze. Zobaczę moje wymarzone pióro dopiero jutro. Dokładnie tydzień później niż miałam nadzieję je dostać.
Pytam M. czy ładne. Ładne. Ale... takie normalne... Chyba spodziewał się czegoś innego, że będzie jakieś "bardziej". Teraz się martwię czy mi się spodoba... Za tyle kasy mogłoby się podobać...
Na pocieszenie M. wysłał mi zdjęcie. Ale jakieś ciemne. Ma wysłać więcej. Jak ja bym chciała już zobaczyć to moje nowe pióro.
Wiem. Problemy pierwszego świata...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz