Sobotni leniwy poranek. My z M. jeszcze w łóżku (GP oczywiście z nami). Mi. już wstał. Znalazł swoją zabawkową walizkę i z nią biega.
- Idziesz do pracy? - pyta M.
- Ta. - odpowiada Mi.
Mi. biega dalej, a M. zagaduje go raz po raz w temacie tej pracy, do której to rzekomo idzie. W pewnym momencie Mi. przychodzi do nas i nadstawia się, żebym go pocałowała w usteczka. Jestem przeciwnikiem całowania dzieci w usta i w ogóle jedyną osobą, którą całuję w usta jest mój mąż, wiec próbuje pocałować go w policzek, w czółko, ale Mi. ewidentnie nadstawia usta. No dobra, niech mu będzie. Cmok w usteczka i Mi. usatysfakcjonowany leci bawić się dalej.
Dopiero potem M. mi uświadomił, że Mi. bawił się w wyjście do pracy i naśladował stałe elementy porannego wychodzenia M. i naszego żegnania się (i witania po powrocie zresztą też) czyli między innymi... całus w usta.
Dziś Mi. znów się bawił, że idzie do pracy. Przychodził na całusa, machał ręką na pożegnanie, mówiąc "Pa,pa!", przesyłał buziaczki i leciał do drugiego pokoju, że niby do pracy. Po chwili wracał i całą scenkę powtarzaliśmy od początku... Kilka razy... Było uroczo! <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz