Zależnie od tego, których dziadków odwiedzamy, wydaje się, że jedziemy z całkiem innym dzieckiem.
U
moich rodziców Mi. wciąż zaskakuje swoją energia i tym, że wszystko
musi zobaczyć i dostać w ręce. Prawie wszystkiego czego się dotknie, a nie jest zabawką, jest mu zabranianie. Zaś mama mi ciągle powtarza, że
trzeba mu mówić, że „nie wolno”. Chyba tylko dlatego jeszcze nie dostał
etykietki „niegrzecznego”, że uparcie powtarzam, jaki jest energiczny.
U teściów
jest całkiem na odwrót. Wszystko mu można, nawet za dużo. Ostatnio
spacerował z dekoderem, jak chce od dziadka telefon komórkowy (ten z
którego obecnie korzysta) - zwykle go dostaje, a już na pewno pokrowiec,
w którym dziadek trzyma swojego smartfona. Energia i ciekawość świata są wychwalane: że mądry, że sprawny manualnie, że kochany. Na koniec okazuje się, że M.
robił tak samo, wiec zachowanie Mi. nikogo nie zaskakuje i nie jest
jakieś wyjątkowo „niegrzeczne”. Nie wolno mu tylko tego co jest naprawdę
niebezpieczne: nóż, nagrzany piekarnik. Komputer jest chowany kiedy przyjeżdżamy.
Jesteśmy miedzy młotem a kowadłem. Nie chcemy wszystkiego
zabraniać. Nie możemy na wszystko pozwolić. Musimy wybrać złoty środek,
jednocześnie zdając sobie sprawę, że u dziadków Mi. jest traktowany
nieco inaczej. Takie prawo dziadków, żeby z jednej strony rozpieszczać wnuki, z drugiej ustalać własne zasady we własnym domu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz