Ostatnio M. był w delegacji przez 3 noce i 4 popołudnia. Z jednej strony wiem dzięki temu, że jestem w stanie ogarnąć chłopaków przez tak długi czas sama. Z drugiej strony pozwoliło mi to na pewne obserwacje dotyczące mojej cierpliwości.
Pierwszego wieczoru wybuchłam raz, drugiego dnia 2 razy... akurat jakoś wtedy rozmawiałam z BK i teściowa i obie chwaliły mnie za to, że mam tyle cierpliwości do Mi. A ja sobie myślałam, że może przy nich mam, ale po całym dniu z nim to już niekoniecznie...
Wtedy zaczęłam się zastanawiać, jak to ze mną jest. Zwykle mam dużo cierpliwości, aż nagle trach! Wrzask, krzyk i latające przedmioty! Doszłam do wniosku, że pozwalam robić rzeczy które mi nie odpowiadają i jak już się uzbiera tych rzeczy i dołączy się zmęczenie to dochodzi do eskalacji złości lub do płaczu z bezsilności.
Trzeciego popołudnia wpadł teść, zabrał Mi. na dwór, pomógł przy kolacji i wykąpał go, wiec byłam tak wypoczęta, że po położeniu chłopaków spać zabrałam się za prasowanie. Prasowałam z godzinę, a nim wszystko poukładałam była już północ.
Ostatniego dnia Mi. rozsypał tyle klocków i innych drobnych zabawek w salonie, że normalnie masakra. Ale nie dałam się sprowokować! Powiedziałam mu, że ja nie będę tego sprzątać i nie będzie mleka do drzemki, póki nie posprząta. Ze 2 godziny namawiałam go na sprzątanie, trochę zbieraliśmy razem, w końcu duża cześć sprzątnął, jednak nie wszystko i chyba sobie zdawał sprawę, ze w pewien sposób mleko mu się nie należy, wiec padł ze zmęczenia bez piersi.
Wiem, szantaż. Ale nie nakrzyczałam i to jest sukces. Następnym razem muszę z tego zrobić zasadę ogólna: przed pójściem spać trzeba posprzątać zabawki.
Ale żeby nie było, że taka twarda jestem, to obudził się po 40’ z płaczem i już go piersią usypiałam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz