Jest tam taka karuzela, gdzie ławka jest dookoła koła, którym się kręci, żeby tę ławkę wprawić w ruch. Takiej u nas nie ma, a Mi. bardzo ją lubi. Za pierwszym podejściem weszliśmy na karuzelę razem i kręciliśmy nią oboje, głównie ja, dbając, żeby było raz w jedną, raz w drugą stronę. Chciałam wejść za Mi., kiedy poszedł na karuzelę ponownie, ale zaczął machać rękami i krzyczeć "ne-ne-ne...". No dobra, jak chce sam, to niech sobie radzi! Mi. z pewnym wysiłkiem ruszył ławkę i kręcił się bez mojej pomocy.Jakiś czas później poszedł na karuzelę po raz trzeci. Siedziało tam dwóch chłopców starszych od niego, a karuzelą kręciła babcia jednego z nich. Mi. się dosiadł, a babcia kręciła dalej, chociaż Mi. próbował jej pomagać. Chwilę później jeden z chłopców zszedł, za kolejną chwilę karuzelę opuścił drugi. Pani dalej kręciła karuzelą, wiec jej powiedziałam, że może już nie kręcić, bo Mi. sobie poradzi. Była szczerze zdziwiona moją prośbą, a jeszcze bardziej zadziwiła się, kiedy Mi. rzeczywiście sam wprawił ławkę w ruch.
Po niedługim czasie Mi. znudził się karuzelą i poszedł na konika na sprężynie. Zaczął wdrapywać się, a pani babcia znów zwróciła na niego uwagę, martwiąc się czy da rade. W sumie nie wiedziałam, bo na naszym placu zabaw konik jest nieco niższy, ale jak nie poczekam to się nie dowiem... Mi. wdrapał się i zaczął się bujać. Pani babcia znów zdziwiona. Pozostało mi tylko skomentować, że upominają mnie, żebym dziecka nie dźwigała, to sobie musi radzić sam.
Jakiś czas potem Mi. postanowił wdrapać się na zjeżdżalnię. Jedno wejście było z uchwytami jak na ściance wspinaczkowej, wiec na razie za trudne dla niego. Drugie wyglądało w ten sposób, że na pochyłej rampie zostały przybite poprzeczne żerdzie. I tędy, znów ku zdziwieniu pani babci, Mi. z powodzeniem się wdrapywał. Ładnie siadał, a potem podawał mi dłoń i asekurując się tą moją ręką zjeżdżał w dół.
Na koniec Mi. zainteresował się rowerami starszych chłopców. Chłopcy /obaj po 4,5 roku/. Szybko przybiegli mówiąc, że to ich. Powiedziałam, że my tylko pooglądamy i spytałam się czy możemy. Wyrazili zgodę. Potem bawili się obok w piaskownicy - udawali, że pływają w basenie, następnie w naszym wiaderku gotowali rosół i robili ciasto, w końcu powiedzieli, że idą do pracy - bo są policjantami i pojechali na rowerach za krzaki na komendę. Fajnie, że jakoś tak chcieli się bawić z Mi., chociaż nie do końca dało się z nim dogadać i czasem robił coś całkiem inaczej niż ich zabawa zakładała.
***I tylko taka moja refleksja odnośnie achów i ochów pani babci - może to nie jest tak, że Mi. jest wyjątkowo sprawny i samodzielny - myślę, że zachowanie dorosłych czasem dzieci samodzielności pozbawia. Najpierw wyręczamy, bo spadnie, potem, bo będzie szybciej jak ja coś tam zrobię, a na koniec dziwimy się, że dziecko jest fajtłapa i nie chce robić różnych rzeczy.
A może jednak Mi. jest dość ostrożnym dzieckiem, a ja w tej chwili akurat w coraz gorszej dyspozycji /i moja dyspozycyjność się nie poprawi, jak się młodszy narodzi/, więc zależy mi na tym, żeby promować samodzielność starszaka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz